Moja wewnętrzna zależność pomiędzy
czytaniem książek a umiejętnością napisania jednego sensownego
zdania, jest porażająca.
Wychodzi na to, że sama w sobie nie
mam w ogóle żadnych słów i dlatego, żeby cokolwiek napisać,
muszę coś wysoko literackiego przeczytać, nasączyć umysł i
dopiero przetwarzać we własne zdania. Ponieważ jednak nie mam
czasu na czytanie, to i z pisaniem bida, co jak widać, niestety, nie
powstrzymuje mnie przed pisaniem bloga.
Będzie zatem krótko.
W temacie końca świata nic się nie zmienia, sprawa lotu
malowniczo wisi i tylko cena rezerwacji sukcesywnie wzrasta. Już mnie to nie rusza.
Jeżeli oprawcy raczą mnie zaskoczyć pozytywnym rozpatrzeniem wniosku
to tym lepiej, jeżeli nie, to nie, Peruuu nie zając, a zdążę
sobie przynajmniej kupić dobre buty w których nie spadnę w
przepaść pomiędzy jedną Andą a drugą.
W piątek z rana otrzymałam kwiecie. Był to strategiczny
błąd wręczających, bo kwiecie wręcza się PO pracy, a nie PRZED. Po kwieciu pracownikownicy robotnicy pracować się nie
chce, zupełnie jak po pączkach. No ale. Skoro już wręczono i
popsuto rytm pracy, pracownica rozpoczęła przedzieranie się do granic internetu. Proces zamknęła przed szesnastą z postawionym własnoręcznie nowiusieńkim
serwerkiem, koncepcją rewitalizacji blogów, przeprowadzek we własne
domeny i pod własną kontrolę, projektem graficznym i ogólną podjarką, bo prawdopodobnie nie ma rzeczy niemożliwych.
A potem, zamiast dokonać dzieła, ruszyła w drogę ulubioną trasą WAW-KRK, ponownie z chytrą
babą, która nie odśnieżyła Radomia i atrakcjami
meteorologicznymi w pełnym wymiarze. Na Podhalu okazało się, że
cały śnieg wywieziono w rejony Polski centralnej, a zamiast puchu
jest deszcz, mgły, temperatura plus trzy i zero widoków na
przyjemne, relaksujące szusowanie, toteż zwyczajowe zimowe atrakcje
zastąpiono dużą ilością wystawianego do słońca nosa, siedzenia
na ławeczkach i picia grzanego wina z plasterkiem pomarańczy. Oraz
kibicowania, bo Współlokator postanowił się wykazać i jako
mistrz deski zabłysnąć na podium imprezy sportowej, czego Mu z
tego miejsca serdecznie gratulujemy, bo plan zrealizował na kacu,
nie robiąc sobie przy tym żadnej krzywdy.
Nie były to warunki do odpoczynku
wbrew pozorom. Między słowami i rejestrowanymi na trzeźwo
wydarzeniami, zaplątało się ogromnie dużo myśli. Bo koszmary powypadały z szafy (bezzębne już i niegroźne, but still), bo stada ludzi, bo defiyt snu. Zwykle włóczenie, szczególnie w
stronę południa, robi człowiekowi dobrze na wszystko, tym razem jednak czuł się on, ten człowiek, przepuszczony przez maszynkę do mięsa i to nawet mimo iż
główny punkt programu spędził w roli zupełnie trzeźwego
obserwatora, sączącego wodę z cytrynką (doprawdy, jak zwierzę)
z pełnym przekonaniem, że od dziś woli bez niż z co świadczy o
tym, że wielkimi krokami zbliża się ten wiek, w którym już tylko
robótki ręczne i projekt zgrabnej trumienki.
Starość.
Nie radość.
O dziwo nie dokonałam w tym czasie żadnego morderstwa. Nie ubiłam człowieka rzucającego się na maskę samochodu psując przy tym szybę, nie zamordowałam mistrza
gramofonu, w ogóle nikogo nie zamordowałam, choć ochota była wielka. Starość zobowiązuje, nieprawdaż.Wypstrykałam się za to całkowicie z sił witalnych, wyeksploatowałam emocjonalnie, łażę na miękkich kolankach i z głową w chmurze i marzę o małej transplantacji mózgu na ten którym dysponowałam dokładnie rok temu.
I to by było na tyle. Wcale niestety nie krótko.
W nagrodę muzyka która jest efektem katowania płyty.
Potrzebuję nowości!!!
I to by było na tyle. Wcale niestety nie krótko.
W nagrodę muzyka która jest efektem katowania płyty.
Potrzebuję nowości!!!
1 komentarze:
Pociągiem się jeździ.
;)
Prześlij komentarz