wtorek, 12 marca 2013

Will you ever find, will you ever find the words again


Moja wewnętrzna zależność pomiędzy czytaniem książek a umiejętnością napisania jednego sensownego zdania, jest porażająca.
Wychodzi na to, że sama w sobie nie mam w ogóle żadnych słów i dlatego, żeby cokolwiek napisać, muszę coś wysoko literackiego przeczytać, nasączyć umysł i dopiero przetwarzać we własne zdania. Ponieważ jednak nie mam czasu na czytanie, to i z pisaniem bida, co jak widać, niestety, nie powstrzymuje mnie przed pisaniem bloga.
Będzie zatem krótko.
W temacie końca świata nic się nie zmienia, sprawa lotu  malowniczo wisi i tylko cena rezerwacji sukcesywnie wzrasta. Już mnie to nie rusza. Jeżeli oprawcy raczą mnie zaskoczyć pozytywnym rozpatrzeniem wniosku to tym lepiej, jeżeli nie, to nie, Peruuu nie zając, a zdążę sobie przynajmniej kupić dobre buty w których nie spadnę w przepaść pomiędzy jedną Andą a drugą.

W piątek z rana otrzymałam kwiecie. Był to strategiczny błąd wręczających, bo kwiecie wręcza się PO pracy, a nie PRZED. Po kwieciu pracownikownicy robotnicy pracować się nie chce, zupełnie jak po pączkach. No ale. Skoro już wręczono i popsuto rytm pracy, pracownica rozpoczęła przedzieranie się do granic internetu.  Proces zamknęła przed szesnastą z postawionym własnoręcznie nowiusieńkim serwerkiem, koncepcją rewitalizacji blogów, przeprowadzek we własne domeny i pod własną kontrolę, projektem graficznym i ogólną podjarką, bo prawdopodobnie nie ma rzeczy niemożliwych.

A potem, zamiast dokonać dzieła, ruszyła w drogę ulubioną trasą WAW-KRK, ponownie z chytrą babą, która nie odśnieżyła Radomia i atrakcjami meteorologicznymi w pełnym wymiarze. Na Podhalu okazało się, że cały śnieg wywieziono w rejony Polski centralnej, a zamiast puchu jest deszcz, mgły, temperatura plus trzy i zero widoków na przyjemne, relaksujące szusowanie, toteż zwyczajowe zimowe atrakcje zastąpiono dużą ilością wystawianego do słońca nosa, siedzenia na ławeczkach i picia grzanego wina z plasterkiem pomarańczy. Oraz kibicowania, bo Współlokator postanowił się wykazać i jako mistrz deski zabłysnąć na podium imprezy sportowej, czego Mu z tego miejsca serdecznie gratulujemy, bo plan zrealizował na kacu, nie robiąc sobie przy tym żadnej krzywdy.

Nie były to warunki do odpoczynku wbrew pozorom. Między słowami i rejestrowanymi na trzeźwo wydarzeniami, zaplątało się ogromnie dużo myśli. Bo koszmary powypadały z szafy (bezzębne już i niegroźne, but still), bo stada ludzi, bo defiyt snu. Zwykle włóczenie, szczególnie w stronę południa, robi człowiekowi dobrze na wszystko, tym razem jednak czuł się on, ten człowiek, przepuszczony przez maszynkę do mięsa i to nawet mimo iż główny punkt programu spędził w roli zupełnie trzeźwego obserwatora, sączącego wodę z cytrynką (doprawdy, jak zwierzę) z pełnym przekonaniem, że od dziś woli bez niż z co świadczy o tym, że wielkimi krokami zbliża się ten wiek, w którym już tylko robótki ręczne i projekt zgrabnej trumienki. 
Starość. 
Nie radość. 

O dziwo nie dokonałam w tym czasie żadnego morderstwa. Nie ubiłam człowieka rzucającego się na maskę samochodu psując przy tym szybę, nie zamordowałam mistrza gramofonu, w ogóle nikogo nie zamordowałam, choć ochota była wielka. Starość zobowiązuje, nieprawdaż.Wypstrykałam się za to całkowicie z sił witalnych, wyeksploatowałam emocjonalnie, łażę na miękkich kolankach i z głową w chmurze i marzę o małej transplantacji mózgu na ten którym dysponowałam dokładnie rok temu.

I to by było na tyle. Wcale niestety nie krótko.

W nagrodę muzyka która jest efektem katowania płyty.
Potrzebuję nowości!!!


1 komentarze:

Kot Pik pisze...

Pociągiem się jeździ.
;)

Prześlij komentarz