czwartek, 7 marca 2013

You wanna be high for this


Kazałam Państwu oczekiwać wieści, a potem se polazłam. Niegrzeczne to było z mojej strony, to prawda, ale miałam ważne powody, takie jak układanie puzzli, picie alkoholu i oglądanie dużej ilości filmów oskarowych.

Wracając jednak do interesujących tematów.
Z biletami lotniczymi do Peru jest jak z trudną i beznadziejną miłością. Umysł doskonale wie, że nic z tego nie będzie, bo jest to normalnie bez sensu, ale sercu ciągle zdarzają się eksplozje nadziei i ekscytacji, gdy dochodzi do bliskiego kontaktu z obiektem porywów. Nie sposób przekonać jeden organ o racjach drugiego. Wiszę zatem pomiędzy nadzieją a zwątpieniem i odczytuję kolejne komunikaty w języku germańskich oprawców, z którymi google translator robi przedziwne cuda ( z komunikatami, nie z oprawcami), a ja robię cuda, aby wyciągnąć od pośrednika tajne informacje o stanie naszej rezerwacji. Idzie mi, niestety, gorzej niż średnio.
Także według stanu na dzień sytuacja maluje się następująco: po pierwsze primo – nie mamy wieści, po drugie primo - nie mamy biletów, po trzecie primo - nie mamy pieniędzy na koncie, a po czwarte – kwota pobrana to jedyne 500 €, (a mogło być 3 tyś! I tu znajduje małe pocieszonko, bo inni mają gorzej). Wychodzi na to, że więcej nie mamy niż mamy, jak to zwykle bywa w toksycznych związkach.

Expedia.de, która występuje w roki złego policjanta i pośredniczy w transakcji, nie odbiera telefonów, chyba że wisi się i holduje linię przez rok świetlny, wysyła maile w języku niemieckim, mimo że człowiek prosił i błagał, aby mówiono do niego w uniwersalnym oraz ciągle powtarza, żeby czekać i być calm. Jestem calm jak cholera. Nie jest to ani trochę łatwe, ale umówmy się, nic innego mi w tej sytuacji nie pozostało.

Ale żeby nie było, że samym Peru żyje człowiek, bo otóż i nie. Jest na przykład kolor samochodu, który ujrzałam po raz pierwszy od miesięcy, jest zapach powietrza i mrużenie oczu, zbliża się ostatni wyjazd na narty/deskę w tym roku, jest nawał pracy ze szczyptą niechcemisię. Jest masa życia w życiu, więc nawet jeżeli Peru się odwlecze to niech sobie nie myśli, że mu się upiecze, bo coraz częściej wraca do mnie myśl, że prędzej czy później docieram w życiu tam, gdzie chcę. Przeszkody to tylko kolejne przygody.
Lubię tę myśl.

Ponadto strasznie przeżywam sytuację na Broad Peak. Spać po nocach nie mogę i mam ochotę żarliwie się pomodlić, czego nie zrobię, rzecz jasna, ale zaciskać kciuki z całych sił nikt mi nie zabroni, choć wiem doskonale, że teraz to już tylko cisza i wiatr. Znowu, wydarzenia o których czytałam z wypiekami na twarzy w literaturze górskiej, rozgrywają się prawie na moich oczach. Nie sposób nabrać do nich dystansu. Śnię po nocach przełęcze i szczeliny, ośnieżone szczyty i przenikliwy wicher, budzę się zlana potem i przerażona. Zgrzytam zębami.
 Nie zadaję sobie pytań, co ich gna i dlaczego. Podziwiam ludzi gór od zawsze i darzę ich tkliwą czułością, bo mają w sobie to szaleństwo, ten zew, który  znam i który, z jakiegoś zupełnie niezrozumiałego powodu, kocham i rozumiem.
To, co warte zaryzykowania własnego życia, często o złożenie ofiary się upomina.
Takie są góry, piękne i śmiertelnie groźne.

P.S. Podzielam.

0 komentarze:

Prześlij komentarz