poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Chwała na wysokości



Śniegi powoli odpuszczają, może do maja ulegną naporowi wiosny, u nas tymczasem kolejny sezon peruwiańskiej telenoweli.
Kiedyś tam tj. jakiś miesiąc temu zamknęliśmy z bólem wszelkie rozważania na temat, dostaliśmy bowiem wiadomość od oprawców potwierdzającą definitywny koniec wszystkiego. Tak nam się przynajmniej wydawało. Pominiemy nieśmiałym milczenie, fakt, że ogarnięcie wiadomości ograniczyliśmy do zapoznania się z pierwszym zdaniem, w którym to pisano coś o pilnym kontakcie itd., ale ponieważ dotychczasowe kontakty były po prostu bezowocne, zignorowalim nawoływania, bo po co się denerwować, nieprawdaż. W tak zwanym między czasie o mało nie  dokonaliśmy zakupu supertaniego biletu do Bangkoku, aby w ramach rewanżu zwiedzić Laos i Birmę (na szczęście nastały nieprzewidzianeokoliczności), aż tu WTEM!
Na koncie zdematerializowały się środki pieniężne w wysokości niespełna pięciuset euro. Na checkmytrip połączenia uznane za utracone, zabarwiły się na kolor żywej i zupełnie wiosennej zieleni, a świat nabrał przyspieszenia atomowego, bo oto znaleźliśmy się kłopotliwym położeniu w którym nie posiadamy ani urlopów, ani planów, ani podstawowej nawet wiedzy czy, o zgrozo, transportu do Paryża i z Londka. No po prostu pusta pustynia organizacyjna, a w niej ja z permanentnym stanem podgorączkowym.

Przy okazji lekkiej paniki, przekopałam się już pięć razy do granic internetu, zaczepiając po drodze wszystkich, którzy mogą służyć radą, wiedzą, doświadczeniem czy choćby dobrym słowem i to w ramach tego rekonesansu otrzymałam cudowny mail na temat choroby wysokościowej (nasza wycieczka to trzy tygodnie na wysokości pomiędzy 3000, a 5000 m n.p.m. co może się okazać cichym zabójcą wszystkiego, bo co jak co, ale napierdalający łeb to nie jest coś co znoszę ze stoickim spokojem, jak każdą inną niedogodność podróżną). Autorem kieszonkowego wydania poradnika wysokościowego jest koleżanka z zamierzchłej przeszłości, alpinistka i doktor medycyny w jednym, więc gdyby kiedyś Państwu przyszły do głowy głupie pomysły szwendania się po tysięcznikach proponuję zapoznać się i wziąć sobie do serca. Obiecujemy, że działa tak samo w Andach jak i w Karakorum.
Pozostawiam szanownego Państwa z miłą lekturą, sama natomiast idę poopaść w czarną rozpacz samotności i internetów bez końca, oraz perspektywą jutrzejszego obowiązku pracowniczego, który co raz częściej wywraca mi wnętrzności do góry nogami.

Co robić w razie choroby wysokościowej by AZ:
w skrócie :
- nie wchodzić w ciągu dnia więcej niż 500 m (przewyższenia oczywiście), ale jak ekipa nie dogorywa to nawet do 700 czasem da radę, ale lepiej nocować nieco niżej niż się było 
- na ok. 3500 zrobić sobie dzień aklimatyzacji (czynnej, a nie samo leżenie na słoneczku) jeżeli wylądujecie wysoko (La Paz jest na 4k) to postarać się w ciągu kilku dni zjechać niżej, żeby organizm odpoczął

CHOROBA 
najpierw napierdala łeb (wtedy dużo pić!!! bo najczęściej to odwodnienie bardziej niż coś innego, można śmiało wziąć procha na ból głowy) generalnie dużo pić (na wysokości głupieją nerki i strasznie się odwadnia organizm i można jakiś zakrzep sobie wyprodukować) 
- nie pić alkoholu!!!! chyba, że już będziecie pod koniec wyjazdu super zaaklimatyzowani, natomiast zdecydowanie polecam herbatkę z koki 
- dopóki nie ma się zadyszki w spoczynku, to znaczy że to jeszcze nie koniec 
- jak człowiek cały czas ma problem z oddychaniem- SPIERDALAĆ NA DÓŁ
(zadyszka przy pójściu do kibla to norma) 
- jak ktoś zaczyna świrować i słabo kojarzy- z delikatną sugestią- nie szarpaniem- SPIERDALAĆ NA DÓŁ 
- najlepsze lekarstwo na wysokościówkę - SPIERDALAĆ NA DÓŁ, czasem wystarczy zejść na 1 dzień niżej porządnie się wyspać i można dalej napierać 
 - w nocy śpi się kiepsko i człowiek się czasem budzi z poczuciem, że się dusi- przechodzi z czasem, - jak niespanie wykańcza to lepiej- SPIERDALAĆ NA DÓŁ i porządnie się wyspać, a potem wrócić 
- może lecieć krew z nosa- powinno przejść- ale jak nie przechodzi to -SPIERDALAĆ NA DÓŁ 

To tak w telegraficznym skrócie. Dwie główne wiadomości to : DUŻO PIĆ - NIE ALKOHOLU, a w razie kłopotów, co? No właśnie -  SPIERDALAĆ NA DÓŁ! Jak się tego będziecie trzymać to wszyscy przeżyją i nie trzeba będzie robić dziwnych zastrzyków jak na filmach ;)

No tak, wychodzi na to, że mamy już motto wyjazdu. Dobre i to ;)

0 komentarze:

Prześlij komentarz