Poniedziałek w okolicach końca
stycznia.
Telefon cicho wibruje zakopany pod
tonami dokumentów spraw bezzwłocznie nie zakończonych, za oknem popaduje śnieg, choć obiecywano odwilż.
Komunikaty w formie mmsó nadaje
MyLovingMother, co już samo w sobie jest wydarzeniem, gdyż do tej
pory jej czynności związane z obsługą tego diabelskiego
urządzenia zamykały się w katalogu: odbierz połączenie, wykonaj połączenie, sprawdź godzinę,
wyślij smsa w odpowiedzi na, o treści tak, nie lub, w przypływie inwencji i gadulstwa, nie
wiem. Nadawane wiadomości przedstawiają ojca mego rodzonego (l.
50+) pomykającego łagodnie po stokach Kotelnicy białczańskiej,
odpychającego się sprawnie kijami od tłumów młodzieży szkolnej
spragnionej białego szaleństwa. Doprawdy, nie wierzę w to, co
widzę (i że to widzę). Rodzice moi dwanaście miesięcy temu
zapragnęli nauczyć się jeździć na nartach, po czym nauczyli się, skutecznie oraz nie porzucili aktywności po jednym sezonie, a trzy dni temu wybrali się na praktyki.
Za stertą
papierów ukrywam oczy jak pięciozłotówki i wielki szacun, bo ja
sama, zakładając po raz pierwszy narty, krzyczałam głośno, na
cały Świeradów Zdrój, że nikt w tak podeszłym wieku (20 z dużym
plusem) nie powinien rozpoczynać nauki sportów ekstremalnych, bo
gotów sobie bardzo wielką krzywdę zrobić i kończynę w gips
wpakować.
Świat się kończy po raz wtóry!
Straszliwie jestem z nich dumna.
W ogóle duma mnie rozpiera dość
często w kontekście sportów zimowych. Ten wyjazd w okolice Tatr co
to miał się nie odbyć, a którego nieodbycie kosztowałoby mnie
małe załamanko nerwowe, zakończył się kolejnym spektakularnym
sukcesem. Po jednym dniu byłam już w stanie jeździć na desce, nie
tylko „na liścia”, ale także dość sprawnie na tylnej krawędzi
twarzą do stoku, przedniej krawędzi rufą do stoku oraz kręcić
helikoptery, tj. płynnie zmieniać krawędź i się przy tym,
wybaczcie państwo słownictwo, nie wypieprzać z hukiem. Płynnie,
jak płynnie, nie bądźmy nieskromni, ale zachowałam kończyny całe
na tym umykającym w dół parapecie i jest to podstawowy powód do
dumy. Dupkę obiłam, nadwyrężyłam mięśnie karku, bo złapanie
krawędzi na desce to jednak sprawa nieco bardziej gwałtowna i
bolesna niż w przypadku nart, ostatecznie jednak polubiłam te
zmagania i śnieg w zakamarkach odzieży. No i mam problem, co
zrobić z tak obiecująco rozpoczętą karierą, bo
weekendowe eskapady to trochę mało, żeby się najeździć i
jednocześnie poćwiczyć.
I tak. Może czas się przenieść z
urlopem w okres ferii zimowych, a tropiki porzucić – co
napisawszy, poturlała się pod biurko i umarła ze śmiechu.
Truchełko znajdziecie na pierwszym
piętrze, w piątym pokoju po lewej stronie korytarza.
Piękna ta Polska nasza pod zwałami
śniegu. Wracaliśmy z tego Podchala na dwie tury, a i tak wcale nie
poszło nam sprawnie. Najpierw utknęliśmy pod Wawelem. Gdy tylko
otworzyłam drzwi auta, osiadł mi na brwiach gęsty i lepki smog i
do wieczora nie chciał się odkleić, a rewia mody w Galerii
Krakowskiej zrobiła mi bardzo źle, tym bardziej że sama ubrana
byłam w nieco wymęczone odzienie górskie i nie do końca
wypielęgnowaną fryzurę, bez makijażu, bez biżuterii. To nie
pierwszy raz w tym roku, kiedy w odnogach szklanej galerii poczułam
się jak ostatni kocmołuch, ale nic to, nieprawdaż, wnętrze człowieka się
liczy i dobry zmysł do wyprzedaży. W nagrodę
nabyłam cztery komplety przepięknej bielizny w cenie jednego i pół,
co zrekompensowało mi wszelkie ubytki na
jakości życia.
Gdy już udało nam się wydostać z lepkich łapek
krakowskich oparów, podjęliśmy nierówną walkę z zaskoczonymi
zimą drogowcami. Podsumowując.
Małopolskie sobie radzi dość sprawnie, co
jest niewątpliwą zasługą ukształtowania terenu. Pługosolarki
śledziły nas, wyprzedzały i robiły raban na drodze.
Świętokrzyskie skuło nam lodem całe autko, tak że kierowcy do
patrzenia została mała dziurka w lodzie, podtrzymywana przy życiu
na każdej stacji benzynowej. Pierwszy raz jechałam ślizgającym
się czołgiem i gdyby nie to, że było strasznie, byłoby całkiem
zabawnie.
W Radomiu (woj. mazowieckie) chytra baba uziemiła pługosolarki i musieliśmy
się tym czołgiem opancerzonym przedzierać przez zaspy wysokie na
pół metra, a ruszenie spod świateł w takich warunkach graniczyło z cudownym cudem, o czym zdążyłam poinformować pół świat przez fejsbuka i usłyszeć, że poszliśmy na łatwiznę, co przyjełam jako osobistą obrazę majestatu!
W połowie drogi między Radomiem a
Warszawą, wyciągnęłam piersiówkę z orzechówką i więcej
grzechów nie pamiętam, gdyż upoiłam się dość sprawnie.
Podróż z Krakowa do Warszawy, w
poniedziałek po południu trwała jedyne dziewięć godzi i to tylko
dzięki umiejętnościom taktycznym i sile spokoju Współlokator,
który co jak co, ale w warunkach zimowych odnajduje się doskonale.
I znów jest mi wszytsko bez sensu i chcę spać, nieustannie.
15 komentarze:
"Może czas się przenieść z urlopem w okres ferii zimowych, a tropiki porzucić" - zara Cie wyrzuce z fejsbuka.
Zaprzestań, tak se tylko pomrukuje ;)
Milcz, patrz i napadaj http://www.inspiroo.net/articles/details/id/2073
noo, kumpel kiedyś był. Ponoć warto :)http://www.rower.com/archiwum.php?art=3235
(...i wcale nie musiał napadać ;)
oooo właśśśśnie!!!111!!
(nie wiem, mi marudzi że nie ma za co, to jej radzę żeby napadała. Ja już zdążyłam obczaić coś jakby plan oraz wymyśliłam jak się tam dostać nie bankrutując na bilecie lotniczym)
Miałaś orzechówkę, nie marudź ;)
Co właśnie, jak kumpel był to niech G. powie jak to zrobił i to samo zrobi bo mnie NIE JEST STAĆ!
Ale tylko ja miałam, kierowcy nie dałam ;)
proste: oszczędzał, pracował, kombinował :)
...standardowo chyba nie ? :D
SPRZEDAJ COŚ! NAPADAJMY!
ha, ten sam dylemat urlopowy mam!
moja mama właśnie uczy się nartować i jestem z niej ogromnie dumna. a przy okazji cieszę się, że mieszkam, gdzie mieszkam, bo smog owszem, mamy, ale góry za winklem też mamy :)
G. Toć ja to robię! Nie pamiętam, kiedy kupiłam ostatnio coś czego KONIECZNIE nie potrzebowałam (nooo dobra, książki się nie liczą)
M. Co mam sprzedać? CHŁOPA?
P. Co jest powodem mojej bardzo brzydkiej zazdrości wobec krakusów, bo smog występuje również na mazowszu i w wielkopolsce, a Tatry to tylko tam...
Oddaj go w leasing...?
Noo widzisz, i masz efekt ! Była w Azji? Była :)
W sumie...
Och, rodzice to cudowna instytucja :) Moim w tym roku strzela 35 lat razem, a dziadkom 60! Zawstydza mnie fakt, że po tylu latach potrafią za rączkę plażą/parkiem/ulicą iść, przy czym nie pamiętam, żeby robili to jak byłam dzieciakiem... Miłość chyba naprawdę stwierdza się po latach...
Pzdr. Zoś.
Prześlij komentarz