Sto lat, sto lat!
Z okazji drugich urodzin życzę temu blogusiu niegasnącej popularności, której autorka jest żądna i chce, bo lubi być kochana przez miliony ;)
A tera poważnie.
Znowu nie dopełniłam formalności i nie pożyczyłam Szanownym Czytelnikom wszystkiego najlepszego z okazji, ale czuję się sama przed sobą usprawiedliwiona, gdyż ubabrana w mące po łokcie, piekłam z zapałem śmiechowe ciasteczka na wieczór sylwestrowy. Czy śmiechowe wyszły, przekonamy się, gdy jedną ze sztuk spożyje nareszcie jakaś trzeźwa osoba. Do tego czasu żyję w głębokiej nieświadomości własnych uczynków, natomiast pochwalić się muszę, po raz kolejny zresztą, że nie reprezentuję swoją osobą, aż TAKIEGO dramatu w kuchni jak się początkowo wydawało i ciasteczka wychodzą mi doskonałe (głównie w smaku). Dlatego też poza częścią, która wjechała na stół, była także część wyjazdowa, gustownie zapakowana w te sreberka. To dla żądnych przygód przyjaciół.
Przylesie oczekuje na odzew!
Nowy rok rozpoczął się za to cudownie totalnym dołem i brakiem sił witalnych. W niektórych przypadkach było to spowodowane nadużyciem płynów i poczynieniem strat w wyposażeniu wnętrza, znacznych strat, podkreślam, w innych natomiast brutalnym porzuceniem*, nadużyciem oraz niestety pracą zawodową, która pokazała wredne oblicze za pięć dwunasta. Gdyby to była jakaś inna dwunasta, nie miałoby to może skutków przełomowych, ale że trafiło akurat na TĄ dwunastą, to rzuciło się na psychę i tak zostało i teraz to już za bardzo nie wiadomo za którą tasiemkę pociągnąć, żeby było dobrze. Wydaje się, że poza ucieczką z krzykiem i głuchym odgłosem meteoru spadającego z serca, nic innego nie uczyni nam dobrze.
I tak.
Chciałoby się jakieś podsumowanko wykonać.
Ogólnie to dwutysięczny dwunasty zaprezentował się wielce przyjemnie, głównie dlatego, że obfitował w ruch, wszystkie rodzaje ruchu, większością dostępnych środków transportu, z których pierwsza trójka to: tuk-tuki, płetwy, motóry! Ponieważ udowodniono już na łamach tego periodyku, że ruch robi dobrze na głowę, czas spędzony w podróży ograniczył ilość depresji do niezbędnego kobiecej fizjologii minimum, więc bilans na ten rok jest taki, że mam zmarszczki, owszem, głębokie, owszem, ale doskonała ich większość pochodzi od głupiego wyszczerzania się do świata, a skoro tak, to starzejemy się z godnością, nieprawdaż.
Robiona przy okazji świątecznej kolacji z lekko trzęsącymi się nogami lista wydarzeń wartych zapamiętania, każe się zastanowić, jak to się do diabła stało, że nagle mam w swym otoczeniu niespotykaną dotąd ilość osób kochanych, pieniędzy na te wszystkie szaleństwa – głównie azjatyckie (no dobra, umówmy się, że to zasługa kreatywnej księgowości ALE JEDNAK!) oraz energii i zapału, żeby przeć dalej, planować kolejne, szukać i kombinować.
Niezwykle dużo się nauczyłam, odkryłam w sobie skile o jakie się nie podejrzewałam, przemyślałam, przegadałam, stwardniałam od środka. Zmieniłam się przez ten rok tak pięknie, że aż mi się to piękno wylewa na otaczający świata z przyległościami.
Także w duchu życzę sama sobie, żeby to koło zamachowe nie chciało się zatrzymać.
Tak, to był naprawdę dobry rok.
Głównie dzięki Współlokatoru, który nieustannie i wytrwale zmusza do pozytywnego i mądrze refleksyjnego patrzenia na wszystko.
Dzięki blogusiowi, który zechciał stać się platformą do kontaktów ze światem inspirujących ludzi.
Dzięki tym oto ludziom i innym ludziom. Wszystkim, którzy mieli ochotę porozmawiać, popatrzeć wspólnie, uśmiechnąć się bądź razem tańczyć.
Dzięki firmie Nikon, która zmusiła mnie do patrzenia zupełnie innym okiem i odkrywania w sobie nie tylko tak oczywistych pasji jak robienie zdjęć.
Dzięki chatynce pod lasem, która jest pomarańczowa i stała się autentycznym, ciepłym domem, do którego chce się wracać albo wpadać na wino.
Dzięki sobie, Karmelowi, bo chciało mi się zakochiwać co pięć sekund, wtykać nos w nieswoje sprawy, chcieć więcej, więcej i jeszcze trochę więcej od życia w życiu.
Czasami czuje się jakbym dostała Oskara, który w zestawieniu z rokiem 2011 wart jest bardzo grube i tłuste miliony. Oraz. Zupełnie nie mam ochoty wierzyć Zaprzyjaźnionej Redakcji Krakowskiej w teorię lat sinusoidalnie przeplatanych, wolę wersję nieco już podstarzałą, bo w mądrościach ludowych i podaniach pokładam swe nadzieje, o krowach chudych i tłustych, po siedem ich było, a to była dopiero moja pierwsza krowa i tej wersji zamierzam się trzymać!
A teraz będę życzyć.
Kochani moi, niestrudzenie czytający te, nie bójmy się tego słowa, pierdoły, życzę Wam w imieniu własnym i Współlokatora: inspirującego ruchu, doskonałego jedzenia, fantastycznej muzyki, mądrych lektur, miłości, pewności i szczypty pokory. Odwagi w spełnianiu marzeń. Energii do dobrego działania. Miłości do siebie i do świata, odwzajemnionej! Oraz wiele, WIELE powodów do uśmiechu.
* Stare chińskie przysłowie mówi "Jeżeli ktoś nosi dziewczynę na rękach to czasem się wypierd***, a czasem nie."
14 komentarze:
czekaj, znaczy że masz ciasteczka z oregano na stanie i tym zawoalowanym jak zwykle wpisem zapraszasz na ich konsumpcję czy co?
Już nie mam bo oczywiście WYŻERLI, ale będę kontynuować produkcję i natenczas zaproszę, albo nawet dowiozę, a co.
nadziei mi narobiła a potem brutalnie pękła serce moje, bożebożebożebożenko
O ja pier ja pier ja pierdolejcie Jej wódki!
Wdech, wydech. Przecież mówię że będą nowe, świeżuteńkie ;)
Bardzo ładne życzenia, wzajemnie życzę wielu obrzydliwie spasionych krów!
Kochana, Ty mnie nawet tymi siedmioma krowami nie strasz!
Ojtam, u was to się łowiecki wypasa na Błoniach, krowy Ci zatem nie grożą ;)
A my z Mari identyfikujemy się z Masajami i uważamy tłuste krowy, stadami! ;)
Ogólnie to co komu miłe!
co to są za rybki?
Nie wiem, pływają se...
Śliczne życzenia, uszczknę sobie trochę dla siebie. A dla Ciebie i Współlokatora, żeby to faktycznie była dopiero pierwsza tłusta krowa, a po siedmiu niech się dalej rozmnażają w kolejne stada siódemkowe :) Szalejcie i zarażajcie dobrą energią! :D
Dziękujemy ;)
Skończy się na agroturystyce w Kenii ;)
Hahaha doskonały pomysł! :) Mam taki jeden plan, który właśnie ma polegać na jedzeniu śniadania kilkanaście metrów od wodopoju dzikich zwierząt, tzn. w ramach wakacji :) W TV wyglądało to nieziemsko :)
Ja nie miliony, tylko skromna wielbicielka, ale w końcu milino składają się z pojedynczych wielbicielek, prawda? I wielbicieli :).
Wielu jeszcze rocznic :).
@ BP (biii piii:P) Piękny plan! Kradnę!
@Królowo, witaj!;) Jesteśmy sobie wielbicielkami nawzajem, gdyż ja uwielbiam, tylko tak bardziej z ukrycia ;)
Niektórzy sami w sobie warci są miliony ;)
Prześlij komentarz