poniedziałek, 30 lipca 2012

Tonight I kinda get the feeling, My girl is up to something, Something that is no good.


Nie lubimy się ostatnio z moim umysłem. To znaczy, on mnie lubi. Dręczyć. Czego ja z kolei zupełnie nie akceptuję, gdyż  wspomnienia nalezą do cyklu „co Karmel zrobiła żenującego w życiu i jak bardzo powinna się wstydzić”.
Zupełnie nie wiem skąd mi się to wzięło, może to wpływ temperatur i nadmiaru słońca operującego wprost na czaszkę, a może aktywnego socjalnie trybu życia i podglądania jak inni sobie pięknie radzą bez robienia głupot.
Trudno powiedzieć, w każdym razie męczy.

Piątkowy koncert natomiast wystrzelił mnie na orbitę. Był pot (dużo potu – bo klimat tropikalny w każdej warstwie), były łzy szczęścia (no dobra, prawie), był nastrój – początkowo pikniku rodzinnego, a potem galopującego przez równinę stada bizonów. Momentami miałam ochotę paść na kolana i oddać hołd albo przynajmniej zorganizować Panom po powrocie do domu jakiś złoty ołtarzyk.
Chłopacy są po pięćdziesiątce, świętują trzydziestolecie wspólnej pracy artystycznej, a zachowują się jak smarkacze, którzy dorwali się do gitar, perkusji i mikrofonu i dla zabawy dają czadu. Niektórzy z nich mają niebieskie włosy (i absolutny brak koszulki, łiiiiii), a inni wąsy (nie łiiii, ale zabawnie).
Lubię to!
Ponieważ uczestniczyłam w wydarzeniu artystycznym sama jedna nie mogłam się zupełnie zdecydować czy skakać, wrzeszczeć i ekspresyjnie wyrażać emocje czy nadawać w świat kolejne wiadomości pełne wykrzykników i westchnień rozkoszy. Ostatecznie kilka osób zastało swoje skrzynki odbiorcze zapchane do granic, a moje gardło jeszcze przed bisami odmówiło posłuszeństwa.

A potem już była sobota i miałam nadzieję, że choć raz wszystko odbędzie się kulturalnie i na poziomie. Obiecałam sobie nie nadużyć napojów i generalnie nawet mi się udało, ale obów wybrałam nieodpowiedni więc w konsekwencji i tak wracałam do domu boso. Znowu. O piątej rano. Znowu. Wzdłuż obwodnicy.  Po raz pierwszy ;)

Zakochuję się w Warszawie na nowo.
Miną już okres kiedy źle na oczy robiły mi widoki panienek na Mazowieckiej (choć nie dalej jak miesiąc temu prawie dostałam drgawek oglądając bezpiecznie zza szyby kasku rozbawioną warszawkę nocą), nauczyłam się gdzie kierować swój wzrok sokoli i rejestruję jedynie to co piękne i pozytywne, a jest tego sporo.
Rodzi się we mnie myśl, aby znowu zamieszkać w Stolicy.
Współlokator będzie zachwycon, aczkolwiek temat powróci najwcześniej na wiosnę, chyba że ewentualnie, jakimś nieprawdopodobnym cudem, zostanę nagle panią w garsonce pracującą w CITY i zarabiającą PIENIĄDZE (o mężu z siedmiocyfrowym stanem konta przestałam szczęśliwie myśleć) na co się jednakowoż zupełnie nie zanosi.

A za dwa tygodnie. W niedzielę. O dwudziestej trzeciej.


13 komentarze:

The Burning Giraffe pisze...

A skąd wiadomo, że inni nie popełniają żenujących gaf? Na pewno też niejednokrotnie robią z siebie idiotów. Sęk w tym, by umieć jakoś z tego wybrnąć z uśmiechem na twarzy. Jak? Nie wiem, też szukam odpowiedzi na to pytanie...

Caerme pisze...

Nie wiadomo. To znaczy wiadomo, że nie, ale ja mam wyrozumiałość dla głupot (nie mylić z głupotą) ogromną także cudzych nie dostrzegam, a swoje WIDZĘ. I, jak się okazuje, niestety także pamiętam. Przysłowiowy Hujnołs czemu.

Mandarynka pisze...

brońciębosz z tym CITY, coś się tak uparła, tyle jest pięknych alternatyw, gdzie nie musisz słuchać o ZARZĄDZANIU PROCESEM (np. PROCESEM dosypywania kawy lavazza do ekspresów ciśnieniowych albo PROCESEM odbioru przesyłek z recepcji)

Caerme pisze...

Bo ja chcę jeździć dwa razy w roku na inny kontynet i mieć na kurs nurkowania, kurs latania, kurs na kat. A i sprzęt, na przewodniki, na linki, płetewki, śpiworki i paliwko. CZY TO TAK DUŻO, ja się pytam? Przeżyję nawet procesy (mając w domu specjaliste od zarzadzania projektami naturalnie nabywam odporności :D)

michał pisze...

Karmel, to widzimy się za dwa tygodnie w KRK? ;) Byłaś na Open'erze?

Caerme pisze...

Tajest! :D

W Trójmieście nie byłam, musiałąm ograniczyć się w jakikolwiek sposób, a Open'er w tym roku był ze wszystkich naj mniej kuszący.

Anonimowy pisze...

a nawet nie wiedziałam, że oni w Krakowie są! lubuś mieszka za winklem, posłucham sobie z balkonu...

Mandarynka pisze...

nom, o 23 w niedzielę, stolica przeprowadza zmasowany desant :D

Caerme pisze...

Już od piątku!!! :D

Mandarynka pisze...

Będziemy wypatrywać krakusek na nowohuckich balkonach :D

Caerme pisze...

HA! Ja dwa lata temu drzemałam w samochodzie pod tymi balkonami ;) więc WIEM gdzie paczeć ;)

[Porta, ale nic nie bój, mu tu tak pitu pitu, a jak przyjdzie co do czego to gwarantuję, że ślepka skierowane będą bardziej w stronę sceny niż jakichkolwiek balkonów ;)]

G! pisze...

Procesy są fajne :)

G! pisze...

...i WSZYSTKO JEST PROCESEM :))

Prześlij komentarz