czwartek, 20 października 2011

39,5

Kochany blogasku przyjmij na swe łamy to pisanie na gorąco (39,5), przyjmij, przetraw, wypluj, bo ani zimne to, ani gorące.

No i co Mała?
Śnił mi się J., górskie, zaśnieżone przełęcze, jeden puchowy śpiwór, potoki z piraniami przyklejonymi do otoczaków jak małże (?),świst zrzucanej liny, pod skałą czekający ktoś inny, już nie ja. I zupełnie nie wiem czy sen był przyjemny czy straszny. Trochę przyjemny jednak był bo J. jest obecnie głównym obiektem fantazji erotycznych. Co tam, że ma australijski akcent, ważne, że mu oczy tak przyjemnie i ciepło błyszczały, gdy na mnie patrzył, ważne, że powietrze elektryzowało się między nami w ułamku sekundy. Dziwne, on żonaty, szczęśliwy, ja nieprzytomnie zakochana w… no, w kim innym, a natura swoje. Natura, naturą ale nic, nigdy, nie tego, tylko ta elektryczność w powietrzu od której dostawałam gęsiej skórki. To wtedy, ten jeden raz, ktoś kogo kochałam nieprzytomnie, będąc obok, nie był całym światem.

A gula w gardle znowu rośnie i rozlewa się po okolicznych narządach, po karku spływają kropelki zimnego potu.
Znamy się już. Oj, znamy się bardzo dobrze i nie od dziś. Strachu.
Przywleczony prosto z mrocznej północy. Znajdź sobie proszę innego głównego żywiciela bo ja już nie mam siły (bez dnia urlopu od marca, remember?), bo przerażenie odbiera mi rozum, który akurat jest mi koniecznie potrzebny. Bo czarna ściana przed samiutkim nosem i otchłań przed każdym krokiem troszkę, wyobraź sobie, przeszkadzają mi żyć. Więc jakby tak rozstać się na trochę? Ja sobie tę pustkę wypełnię watoliną ze słów pisanych, z dźwięków, z rozmów na bezpieczną odległość z ludźmi, którzy mnie nie znają i nigdy nie poznają. Nie jesteś mi, wybacz, wcale potrzebny.

Ja już nie muszę uciekać, mam swoją bańkę. Swój wszechświat na pięciu metrach kwadratowych wypełniony po brzegi tym co kocham i tym czego nienawidzę. Mam szczura za książkami, zdjęcie w szufladzie, kask narciarski, kilka płyt, trochę kurzu na szafie (bo sama tam nie dosięgam), wirusa w komputerze, stary telefon z tysiącem nigdy nie wysłanych wiadomości. Nie mam się czego bać, przecież doskonale to wiem. Wszystko to co najgorsze już za mną, więc teraz już tylko będę tęsknić, a ty zabieraj swoje zimne łapska od mojej szyi.

Spadek odporności, skutkuje spadkiem formy, zawałem barier ochronnych i dupa. I jesień. Błoto, liście, chmury we łbie, muchy w nosie, motyle w brzuchu niechcący wzięły się i strawiły.

0 komentarze:

Prześlij komentarz