Narasta we mnie irracjonalny wkurw i podle mi straszliwie.
Ale gdyby mi przyszło kiedyś w odpływie rozumu narzekać na własna rodzinę to pozwalam potraktować się kijem od miotły, może być w łeb.
Zawsze byłam (i mam nadzieję, że ciągle jestem, tylko jakby chwilowo mi nie wychodzi) osobnikiem samodzielnym, wolnym i niepotrzebujacymniczyjejopieki z lekką domieszką pustelnictwa. Wyprowadziłam się byłam z domu w wieku lat niespełna szesnastu, zamieszkałam w wielkiej stolicy i tak gospodarowałam sobie sama przez kolejnych lat dziesięć, zwiedzając przy okazji bardzo spory kawałek świata.
Sama sobie sterem, żeglarzem, okrętem nie absorbując szczególnie niczyjej uwagi żyłam sobie jak chciałam nie pijąc wódki za to paląc niemało. Telefon z domu raz na tydzień bądź dwa w zupełności stronom zainteresowanym wystarczał.
Jezuuu, aż mam ciarki na wspomnienie tej wolności, ciągłego deficytu nowych polskich oraz niespożytej energii życiowej.
A potem w wyniku wielu niespodziewanych okoliczności nawróciłam się na rodzinne łono. Łatwo nie było ale wieś ma swoje zalety więc przywykłam. O dziwo przywykłam nawet do pewnego ograniczenia mojej wolności czego życie w stadzie wymaga...
Pokrętnymi rozważaniami zmierzam do tego, że jak do tej pory, a jestem kobietą wkrótce przed trzydziestką, nikt mnie w życiu nie musiał niańczyć... i nagle jestem niesamowicie zaskoczona bo nawet się nie zorientowałam kiedy ktoś to zaczął robić...
I. dostarcza cieple bułeczki na wieczór, ojciec ciągnie na żydowskie kabarety, brat zwraca się do mnie parszywymi słowy ale przesiaduje u mnie i nie daje czytać dopóki nie pękam ze śmiechu i nie błagam o litość. Wszyscy zgodnie udają, że nie widzą i nie słyszą mojego pochlipywania po kątach, a dwa ostatnie lata jakby dla nich nie miały miejsca. I tak dalej …
Cudni są.
Nie użalają się, nie dają dobrych rad, nie próbują tłumaczyć rzeczy, których wytłumaczyć się nie daj – dają mi za to czas, spokój i jak się okazuje nic więcej nie potrzeba.
A psy rzucające się na mnie z samego rana z tęsknotą godną miesiąca rozłąki, właśnie wtedy, gdy założyłam jasne spodnie, są po prostu do zamordowania z miłości.
A wkurw narasta wbrew okolicznościom rodzinnym.
Ale to taki wkurw na siebie.
Wczorajszą noc kulturalną poziomem nie odstającą od scen warszawskich opuściłam, gdyż niemoc psychiczna uziemiła mnie pod brzozą z lekturą w dłoni, dzisiejsze czadowanie z okazji juwenaliów warszawskich również nieszczególnie mnie interesuje – choć przecież nigdy nie zdarzało się takich okazji puszczać płazem. Nie wiem co ze mną do cholery, ale na wszystko mam równiutko wyrąbane … Jak już mnie zacznie coś cieszyć to czym prędzej doniosę.
A póki co czarne flagi, niemoc ogólna, wkurw, a na blogu same nudy i te same smętne melodie.
Więcej sił żeby żyć, więcej!
0 komentarze:
Prześlij komentarz