Niestety.
Zapadam się coraz głębiej w bagno zdarzeń.
Świat za oknem zupełnie nie komponuje się nastrojem z moim wnętrzem. Piękne słońce i śpiewające zapamiętale ptaki podkreślają tylko kontrast. Jeszcze nigdy tak nie było, żeby wiosna sprawiała ból.
Takich świąt też jeszcze nigdy nie było.
Nie pamiętam z nich ani jednej świątecznej emocji, ani cienia nastroju. Nic. Pustka, błoto i kurz. I łzy. Dużo. I wódka. Tez dużo.
W ogóle niewiele pamiętam. Jestem jak w malignie. Żyję automatycznie, wstaję, myję zęby, zakładam coś na siebie, maszeruje tam gdzie mi karzą, jem co mi podadzą ale bardzo niechętnie. Głowa w chmurze dymu. Czarnego, gęstego, lepkiego od smrodu zgnilizny przez który nic nie widać. Maszeruję na oślep i nawet nie wiem po co. Pewnie dlatego bo tak trzeba. Bo kochani ludzie mówią – idź, nie zatrzymuj się nawet na minutę, nie oglądaj za siebie, żyj!
Więc żyję. Do dupy takie życie. Ale podobno moje własne więc muszę jakimś cudem znaleźć w sobie siłę. Na razie jadę na napędzie który oni mi dają.
I powtarzam sobie jak mantrę – nie walcz z tym na co nie masz wpływu!
Nie tak łatwo nie walczyć o coś, czemu poświęciło się tak wiele.
Nie tak łatwo pogodzić się z tym, że ludzie jednak niekoniecznie są wspaniali. Że ich wolności nie ogranicza ból drugiego człowieka. Że zaślepienie egoizmem może przybierać tak niewyobrażalne kształty.
Coś co dla mnie jest niewyobrażalnie podłe i złe dla kogoś jest czymś zupełnie naturalnym i na miejscu.
Zdawać by się mogło, że rozumiem ludzi których znam. Zawsze rozumiałam i zawsze potrafiłam znaleźć powody dla konkretnych zachowań czy emocji i nigdy nie potępiać, nigdy nie krytykować bez potrzeby. Jestem totalnie inteligentna emocjonalnie. Funkcjonuję jak żywy, superczuły instrument do pomiaru i analizy emocji. Ton głosu, spojrzenie, postawa wystarczą. Kobieta absolutna.
I z tymi swoimi wszystkimi supermocami wpadłam do matrixa umysłu innego człowieka w którym nie gnieździ się ani jedna emocja poza wściekłością. Tak nieracjonalną i chorą że dla mnie zupełnie abstrakcyjną.
Co gorsza cała ta wściekłość kieruje się pełnym strumieniem na mnie.
Bo byłam na tyle głupia, żeby w przypływie naiwnej ufności opuścić gardę, pokazać miękki brzuszek, odkryć emocje i powiedzieć - jesteś dla mnie kimś ważnym.
A może by tak urwać kurze złote jaja* i zwać z nimi na koniec świata.
A przynajmniej do Krakowa w pierwszej kolejności.
Mam ochotę na teatr, na Wawel, na Błonia, na Wisłę, na trawę, wódkę [booooziu przecież ja wódki nie pijam....] i tańce do białego rana.
Tak dawno tego nie robiłam.
P.S. Pozytywna strona sytuacji - całe tony propozycji niezobowiązujących przygód łóżkowych, oczywiście wszystko charytatywnie i w ramach troski o moje dobre samopoczucie. Może się w końcu przestanie marnować ta prawie idealna figura której jestem szczęśliwą posiadaczką ... sounds like a plan ...
*Skąd mi się wzięły u kury złote jaja - nie mam pojęcia ale oddaję moją piękną blond główkę, że to z jakiejś polskiej durnej komedii. Mój umysł uwielbia zbierać takie różne śmiecidełka. Niech będą zatem złote jaja, bardzo wielkanocnie.
0 komentarze:
Prześlij komentarz