środa, 30 marca 2011

Szaleeej!!

W prawdzie dzień wiosny mamy już dawno za sobą, moje ukochane wioskowe ptaszyska wyciągają mnie z łóżka ogłuszającym darciem mordy, co nieodmiennie przyprawia mnie z rana o nawrót dziecięcych wspomnień, a dzień wydaje się nieprzyzwoicie wręcz długi ale ja jeszcze na chwilkę zabiorę was, nas i innych w zimowe klimaty. Dwie strzałki z zimowego krajobrazu jako zamknięcie sezonu narciarskiego 2010/2011, który wbrew oczekiwaniom był bardzo intensywny, pouczający i rozwijający w temacie technik urazowo-alpejskich (ręka do tej pory daje znać o swoim niezadowoleniu z nieostrożnego traktowania).


Dziecko zrobiło sobie na urodziny prezent w postaci brand new lustrzanki.


Rodzeństwo + Adżi, a po drugiej stronie obiektywu R.

A z wiosną szykują się pewne zmiany wewnętrzne.
Nie bardzo wiem co mi się stało i kiedy oraz z jakiej przyczyny ale nabrałam niesamowitych sił i mocy do zmian. Stanęłam stabilnie na czterech kopytach, uniosłam wysoko głowę i w końcu mi się chce! Jednak słońce to mój żywioł i bez tego jak na suchym baku. Ale już jest i mogę z niego czerpać konieczną energie. Poza tym Hiszpania dała mi czas na myślenie i układanie pewnych rzeczy. Teraz koniecznie chcę to wykorzystać, ułożyć to co mogę, zmienić to co potrafię, póki jeszcze mam odwagę na takie decyzję...
Chciałabym bardzo zwłaszcza, że kształt obecny się nie sprawdza i że tak dłużej po prostu się nie da. Albo wielka zmiana albo wielkie nic. Jedno i drugie bardzo pożądane.
Tym razem nie odpuszczę, czuje to w kościach ;)

0 komentarze:

Prześlij komentarz