Umówmy się, że minionego weekendu do najbardziej udanych zaliczyć nie można. Moje ciało z jakąś przerażającą regularnością musi odmówić co jakiś czas posłuszeństwa. Fakt, że niekoniecznie stosownie o nie dbam. Stres na poziomie przekraczającym wszelkie normy (przyczyny tego stanu rzeczy wypadają co jakiś czas jak trupy z szafy), moja lekko paranoidalna natura i wielkie przewrażliwienie skutkuje paleniem hurtowej ilości papierosów, niejedzeniem i niespaniem co z kolei daje następnego dnia stan przedzawałowy.
I wszystko na własną prośbę ale nie ma co roztrząsać.
Sobotę przeżyłam, choć z wielkim trudem. Sobą zaczęłam być dopiero po dawce popołudniowego snu, kisielku i ketonalu. A gdy tylko zaczęłam być sobą nastał czas wścieklizny, że oto idealna pogoda, idealne towarzystwo, idealne narty. I w ogóle wszystko takie idealne i ułożone jak puzzle, a ja zmarnowałam dzień na walce z żołądkiem i migreną.
Bywa i tak.
*
Dobrze, że to tylko jedna mała sobota.
W niedziele nastał new world order czyli powrót do stanu naturalnego w którym mordka sama się śmieje na widok góry śniegu, a dźwięk zapinanych wiązań brzmi prawie jak jęk rozkoszy;) Pogoda wiosenna, temperatura +3 czyli zjeżdżamy bez odzienia wierzchniego ewentualnie z rozpiętymi wszystkimi guziczkami. Brat poprzedniego dnia wyszkolony przez niezawodnego jak zawsze G., śmigał na tej swojej brzydkiej desce jak mały huraganik, mimo poobijanej rufy i zakwasów wszędzie. A ja nie mogłam przestać się uśmiechać do tego wszystkiego, bo w końcu i tak zawsze wychodzi na to, że jest zajebiście ;)
I tak mnie ta zajebistość trzyma do chwili obecnej!
Brat okazał się pojętny, co akurat nie zadziwiło nikogo, gdyż ewidentnie mamy w rodzinie talent i zapał do sportów zimowych.
Robi w końcu również załapał wiatr w żagle i zaczął moje szkolenie pod kątem stylu alpejskiego w związku z czym mam obecnie zakwasy ale głośno się nie przyznaję;) Mam również katar, guza na głowie nieznanego pochodzenia oraz skórę na twarzy jak papier ścierny. Nie mam za to pieniędzy. Stan ten potrwa jeszcze co najmniej dwie wypłaty, więc może zacznę ten temat ignorować, kasa jak zawsze i tak da się jakoś zorganizować.
Ukoronowaniem zajebistości był mój bezbłędny przejazd z Krakowa do Warszawy w tempie ekspresowym i bez marudzenia głównego pilota i nawigatora. Kiedyś ukradnę ten samochód, jest zdecydowanie stworzony dla mnie ;)
Na wieczór zaplanowałam spanie od dwudziestej w celu regeneracji wszystkiego co regeneracji wymaga, przytulę się czule do kupki leków i witamin, które akcji dopomogą i tym oto sposobem wejdziemy płynnie w tryb wiosenny. Za cztery dni Malaga!!!! Mam ciary z radochy ;)
I na tydzień koniec z papierochami. Koniec powiedziałam!
*Ryjówka oraz szczur, przy czym trzeba państwu, drodzy czytelnicy, wiedzieć, że szczur nie jest pierwszym lepszym szczurem. Jest on szczurem podróżnym! Jeździ z nami od jakiegoś czasu wszędzie, czasami robi sobie zdjęcia w dziwnych miejscach i generalnie jest stałym elementem naszych włóczęg więc na przyszłość proszę się nie dziwić na widok szczura w kadrze;)
0 komentarze:
Prześlij komentarz