wtorek, 26 lutego 2013

Radiate


Otóż.
Śniło mi się niedawno, że złożyłam dymisję. Z wrednym uśmiechem rzuciłam papier na biurko i wyszłam zadowolona bez trzaskania drzwiami. Następnie, w tymże majaku, zostawiłam szkołę, zimę, sprzedałam samochód oraz inne dobra materialne i wyniosłam się precz w tropiki, żeby owady żarły mnie w tyłek, gdyż o niczym bardziej nie marzyłam, przysięgam. No chyba, że jeszcze jakiś mały meteorycik byłby łaskaw spaść celnie na siedzibę instytucji publicznej. Najlepiej głuchą nocą, tak aby w poniedziałek rano był tam jedynie krater, gruzy i dymy, bo skoro już spadają, to niech spadają celnie, nieprawdaż.
Potwornie miałam dosyć i chciałam umrzeć w samotności i nieszczęściu, pewna na sto procent, że absolutnie nic dobrego mnie w tym życiu nie czeka oraz że bez wątpienia zostanę babką swoich dzieci, jeżeli tak dalej pójdzie. I już rozpacz czarna ryła na moim czole głęboka bruzdę, i już policzki traciły sprężystość.
Aż WTEM!
Współlokator powrócił, kupił bilet do Peru i świat dostał napędu atomowego.
Kurtyna.

1 komentarze:

Mandarynka pisze...

na brzegu rzeki Wisły usiadłam i zapłakałam.

Prześlij komentarz