poniedziałek, 29 października 2012

One night in Bangkok




O niebiosa! Otaczają mnie spakowane plecaki, choć nic nie wskazywało na to, że ta sztuka może się udać. Paznokcie spokojnie schną, maseczka nałożona na buzię pełni swoją rolę, balkon umyty, klucze rozdane, koty przepłoszone, baterie naładowane, tylko jeden ogromny zaraz nie pozwala ze spokojną głową medytować nad tym co się tu właściwie wyprawia.

Pamiętam jak nie tak znowu dawno temu wybierałam się do Hiszpanii z zapalonymi płucami. Cóż to był za koszmar! A to tylko przejażdżka naziemna do Berlina, a następnie krótki przelot. Nie ma porównania. W ogóle chyba nic nie ma porównania. 

Nie mam pojęcia gdzie my się pakujemy więc na wszelki wypadek umieram ze szczęścia i podniecenia i absolutnie nic nie jest w stanie tego zmienić poza mgłą, która ma ostatnio brzydki zwyczaj zawisania na wysokości mojego balkonu i grożenia paluszkiem.  Popadam wtedy w popłoch, choć ja raczej nie z tych co to sieją zamęt i panikę, płaczą na portalach i w smsach, że zabierzcie ode mnie tę mgłę, to mleko, ten brak widoczności, ale tym razem poddałam się nastrojowi i wewnętrznemu przymusowi podzielenia się ze światem swym całym atomowym ładunkiem emocjonalnym, bo jak nie wystartuje to nawet nic, ale ja już chcę tam być! I cierpieć na hamaku, choć w dżungli,  a nie na plaży, na plaży będę cierpieć pod wodą. Też dobrze. 

Bzdury, panie!
Nie będzie żadnych cierpień bo i powodów brak. Kto miał ostatnio miesiąc urlopu, ręka do góry. A kto ten urlop spędzał w Indochinach? No właśnie.
Więc odsyłam do notki niżej, tamta jest właściwa i prawdziwa, dziś bredzę letko bo przegalopowałam dziesiątki kilometrów w celu załatwienia ostatnich spraw, a i tak zapomniałam o połowie i nic się w związku z tym strasznego nie stało. Mam jedynie problem z tym gdzie poupychać walutę, aby nie zostać bez grosza w razie wszelkiego wypadku,  ale tę kwestię rozstrzygnie, mam nadzieję, ciało kolegialne. 

I już.
To już.
Next stop – Bangkok.


A w piątek były urodziny, przyjaciele i dynie.
I było całkiem doskonale. Nawet tiramisu się udało co pozwala mi wierzyć, że nie jest ze mną AŻ TAK TRAGICZNIE!

To co przyjaciele?
Do zobaczenia ;)
Dobranoc

4 komentarze:

Mandarynka pisze...

też nie wiem co zrobić z tymi dolaryma, więc na wszelki wypadek leżę se pod kołdrą i nie wstaję. To my gdzieś dziś jedziemy...???

Caerme pisze...

W daleką drogę na wschód maj dir. Wyłaź z łózia! :*

Aśka pisze...

Haaalooooo

Caerme pisze...

No już, już ;)

Prześlij komentarz