Stanęła mi przed oczami twarz.
Tak dobrze znana, że w jednej chwili mogłabym wskazać dowolną zmarszczkę (choć dziś jest ich pewnie więcej), opisać każdy grymas, bezbłędnie wyrysować linię szczęki, brwi, ust. Tyle razy wpatrywałam się w nią z napięciem, w poszukiwaniu tego jednego drgnienia mięśnia, zmarszczenia czoła w geście głębokiego namysłu.
To dziwne, zwykle twarz zapominam jako pierwszą, ta jednak wgryzła się we mnie bez pytania i na trwałe.
Nie pamiętam jednak Twojego głosu.
Nie pamiętam zapachu.
I wiem, że Ty też nie.
Gdybym minęła na ulicy kogoś kto mówi podobnie, kto pachnie jak Ty, poznałabym. Ale nie pamiętam, moje neurony nie zapisały sobie Ciebie w całości.
I wiem, że Twoje również nie.
Dręczy mnie myśl, że jest wymiar, w którym przestałam istnieć. Raz umarłam. Umarłam po raz pierwszy.
Obserwuję jak moja śmierć zaraża, jak się rozszerza, rozprzestrzenia, roznosi w proch i w pył i rozrzuca na wietrze, kruszy skałę, eroduje.
Nie żal mi.
Żal mi nieskończenie.
Nie końca, bo końca nie ma albo jest ostatecznie ostateczny. Nie portafię pogodzić się z niepamięcią, bo cóż innego pozostaje niż ślad w połączeniach nerwowych, gdy wszystko inne pozbawione kontekstu tarci jakiekolwiek znaczenie.
Bardzo źle ostatnio sypiam. W zasadzie nie sypiam w ogóle.
Męczę się potwornie rzucając na łózku, które jest zdecydownaie za duże. Idź już sobie mózgu, idź spać i daj mi swięty spokój, muszę trochę od ciebie odpocząć.
Tak się dzieje, gdy chce się koniecznie przesunąć coś, co teraz nie powinno być ruszane. Wyłażą robale i włochate pająki.
Na rozluźnienie atmosfery tysiącletniego grobowca - Pewna inwestycja

0 komentarze:
Prześlij komentarz