czwartek, 19 kwietnia 2012

Kombinacje, rejestracje, afirmacje, negocjacje

- Strasznie kombinuję, a to, co się dzieje tutaj jest tylko małym odpryskiem.
- Chodzę i węszę jak pies gończy, a wszystko mi pachnie nieładnie.
- Od poniedziałku nie palę. Nie palę bo mi się nie chce. Nie chce mi się palić podkreślam, a moje własne zadziwienie wzrasta z każdym dniem.
- Na śniadanko jadam płatki owsiane, mleko i nasiona (a śniadań nie jadałam od czasów licealnych! ale jadam, bo właśnie dla odmiany śniadanek mi się chce)
- Spać jak suseł mogłabym cały dzień i nie byłoby dość.
- Nie chudnę. Wręcz przeciwnie.

Najbliższe babskie otoczenie twierdzi, że symptomy są oczywiste, muszę jedynie potwierdzić.
W suuuumie. Uśmiecham się do takiej myśli całkiem czule.
Gdybym miała sama zdecydować to zawsze ważniejsze będą palny i projekty, za mało nowych polskich, nieodpowiednie warunki mieszkaniowe oraz strach przez wielkimi decyzjami. Jestem tego więcej niż pewna, także na odwalanie przez los czarnej roboty chętnie i z uśmiechem przystanę.
Choć nie wydaje mnie się, że przystawać będę musiała właśnie teraz.
To są pobożne życzenia, drogie Panie, nic ponadto, ale sam temat jak najbardziej zasługuje na odrobinę refleksji od czasu do czasu, bo zegar tyka i nieważne jak bardzo udaję, że mam dwadzieścia jeden lat. Biologii to nie obchodzi. Biologia najlepiej wie, że kobiecie prawie przed trzydziestką trzeba dostarczyć tematów do rozważań skoro aktualnie nie myśli o zupkach z ekologicznej roślinności i opiekunkach na piątkowy wieczór.
Więc myślę. I myślę, że nie widzę w tym nic strasznego, niech tylko się zdarzy i będzie, a jak już będzie, to będę szczęśliwa. Bo i tak przecież jestem.

Znalazłam wczoraj bilety do Azji za jeden tysiąc nowych polskich złotych i już prawie pakowałam walizkę, już stałam w kolejce po odbiór wizy, już lądowałam w Phnom Penh, już byłam w ogródku, witałam się z gąską, po czym dostałam rzeczywistością w potylice. Szkoła, rozkład rozpraw, pieniądze, [pieniądze, wskażcie mi drogę, bo błądzę], tsunami i trzęsienia ziemi. Cały świat przeciwko mnie, a ja już tak bardzo bym chciała stąd zwiać, w końcu i nareszcie, bo Hiszpania była rok temu, a od Hiszpanii czarna dupa.
Czas już na mnie, czas najwyższy.

Na pocieszenie bilet na OWF, na płytę, trawkę zieloną.
Kto się wybiera ?

8 komentarze:

G! pisze...

Ja
;)

Mandarynka pisze...

Oraz brak paszportu u coponiektórych.

Nowy dizajn lepszy niż zielony IMHO.

Oraz nie wyglupiaj się z symptomami, bo wezmę porwę G. i sami pojedziemy.

Caerme pisze...

Braku aktualnych dokumentów podróży wogle nie komentuję, jeden soczysty facepalm musi wystarczyć ;)

Ja wam pojadę! JA WAM POJADĘ! Będziecie oboje siedzieć i mnie za rączkę trzymać, albo za włosy :D

Dobra, przecież, ŻARTUJE!;)

Mandarynka pisze...

no co, po Europie wystarcza dowód (który mi się kończy w czerwcu - no comments)

Kot Pik pisze...

Drogie Panie, Drogie Panie... a panowie? Żądam parytetu ;P
Znaczy małe Karmelki będą? ;)

Caerme pisze...

Ale to Panie wymysliły ;)
Nie bedzie, mam nadzieję ;)

Kot Pik pisze...

A ja wczoraj pijany byłem, proszę o wybaczenie ;)
A co do Karmelków - szkoda, już miałem nadzieję na jakieś kszciny ;)

Bohaterpozytywny pisze...

Wielki Plany własne z reguły są trudne do pogodzenia z Wielkimi Planami losu :)
A niezdecydowanie kolorystyczne, to może też jakiś objaw? :D

Prześlij komentarz