poniedziałek, 30 stycznia 2012

Ecce ego

Właśnie mi się przypomniało od wczoraj, że nie jestem istotą stworzona do warunków polarnych. Nie, nie i jeszcze raz MROZU WON!
Co ja sobie wyobrażam?
Na nartki pojadę i będę ścierać szkliwo z moich śnieżnobiałych kłów w niekontrolowanym dygocie, zawieszona pięć metrów nad pokrywa lodową, smagana arktycznym wichrem, na wyciągu krzesełkowym? Zaczynam się zastanawiać czy jestem wystarczająco zmotywowana.
W sumie - jestem.
Choć będę tego żałować.
Wiem to od wczorajszego maratonu przez most Poniatowskiego po uroczystym otwarciu narodowego cuda. Nie przesadzam. Piękny jest, majestatyczny i napawa dumą biało-czerwoną, nawet mnie, osobę, która na wszelkie zaobserwowane u siebie przejawy patriotyzmu reaguje alergicznie. Czyli wrażenie słusznego kalibru.
Pokicaliśmy w tym mrozie polarnym między pięterkami, krzesełkami, barierkami, tłumami ludzi, pokicaliśmy na płycie w takt słusznej muzyki rockowej. Cieplej się zrobiło, tym bardziej, że w trzydziestu tysiącach zgromadzonych udało mi się ustawić wprost przed nosem koleżanki z zakładu. Nie dziwi nic.
Z uwag pobocznych:
Aparat, w przeciwieństwie do mnie, dobrze znosi warunki ekstremalne.
A na Francuskiej jest urocza senegalska knajpka z pysznym piwem.

Kupiłam sobie nareszcie GórFankę.
Czaiłam się z zakupem dwa lata, bo zawsze było coś ciekawszego, ważniejszego, pilniejszego. Pozostawiona sama sobie w Empiku przy Marszałkowskiej na pełne pięć godzin, zaopatrzona w miejsce siedzące, latte dużą waniliową, materiał dowodowy w postaci sterty do przejrzenia i spędzenia miło czasu (czasy studenckie stanęły przed oczami w całej gamie wspomnień związanych z tym klasycznym miejscem) - nie tknęłam ani kawy, ani sterty. Najnowsza GórFanka w całości poświęcona K2, pożarta za jednym zamachem, na tyle rozbudziła mój apetyt, że zmuszona byłam kupić w końcu tą pierwszą, tatrzańską część. Będzie dumnie stać na półeczce i czekać na trzy towarzyszki. Lawina ruszyła ospale.
Przyjemnie było czytać o zmaganiach ze szczytami Karakorum siedząc w wygodnym fotelu, za plecami mając PKiN w postaci chwilowego punktu odniesienia całego wszechświata. Potem śniły mi się nocą te lodowce, trawersy, poręczówki, czekany, raki, zabójcze ośmiotysięczniki i nic na to nie poradził ciepły, równy oddech na karku. Przypomniało mi się to również w trakcie trzygodzinnej włóczęgi nie tak znowu wczesnym rankiem, warszawską komunikacją publiczną z zesztywniałymi od mrozu wszystkim dwudziestoma paluszkami. Polarnikiem to ty dziewczyno nie będziesz, oj zapomnij raczej. Tatry tak, Alpy też, może nawet Himalaje ale raczej kurde latem, proszę.

Poza wszystkim - zimną zimą, kształtami wieloryba i narastającą migreną - żyje się cudnie.
Cudniej by było już tylko wtedy, gdyby dziura budżetowa raczyła się zapaść sama w sobie, samoistnie ale i na to nie mam ochoty narzekać. Siła spokoju rozlewa mi się po wszystkich zakamarkach ustroju. Lekko otępiały umysł od nadmiaru pozytywnych wrażeń, myśli i całego łagodnego zgiełku dookoła, czas sobie płynie jak gdyby nigdy nic, a ja się w niego zapadam.
- Ty nie masz zbyt wiele problemów, co?
- Nie mam.

Obym nie wypowiedziała w złą godzinę ale czuje podskórnie, że obowiązuje dla mnie specjalna taryfa ulgowa, okres regeneracji i hibernacji, nie wytykam nosa spod klosza, nie szukam guza. Przez chwilę nie potrzebuję ani odrobiny więcej i ani odrobiny mniej. Harmonia, równowaga, zen.

Szczęśliwi ludzie są tacy nudni.

Teraz będzie chwila czułości, odpieprz się! - nadal płaczę z zachwytu ;)


New 30 Day Song Challenge
Day 15. Favourite solo/instrumental – w kontekście otwierania Stadionu Narodowego ;)

2 komentarze:

Mandarynka pisze...

Lowe Twoją fazę.

Nie strasz tym wyciągiem kurna bo się rozmyślę :DD
Albo kupię, o boże, ledżinsy termiczne

Caerme pisze...

Lowe moją fazę! :D

Galoty są absolutnie obowiązkowe i nie widzę inaczej więc się raczej zacznij nastawiać psychicznie ;)

Prześlij komentarz