Mianowicie.
Powinien po pierwsze primo – bardzo porządnie i dokładnie się wyspać ignorując zupełnie natrętny dźwięk budzika.
Po drugie primo - w okolicach godziny dziesiątej, zawiadomić zakład pracy o usprawiedliwionej nieobecności, której świadectwo dostarczy się w innym terminie po czym niezwłocznie powrócić w objęcia Morfeusza i ciepłej kołderki ewentualnie gorącej i pachnącej egzotyczną roślinnością wody w wannie.
Po trzecie primo – udać się późnym popołudniem do pobliskiej przychodni, wyciągnąć tak zwany numerek, pobrać kartę, wkroczyć do gabinetu z miną ciężko zbolałego przedstawiciela gatunku i kategorycznie zażądać wypisania sławnego, choć nieistniejącego już druku L4, obejmującego najbliższe pięć dni roboczych.
Następnie. Posiadając już cenny dokument w garści należy nabyć drogą kupna arsenał wina ze stonki, wyrobów czekoladowych, fajek, książek i chusteczek, opłacić rachunek za internet, prąd i gaz, ustawić barykadę w drzwiach wejściowych do chatynki, a w telefonie w opcji granie na czekanie, wybrać jakiś czadowy kawałek Behemota, który wszystkich dzwoniących skutecznie odstraszy w ułamku sekundy.
A potem zacząć udawać, że się nie istnieje i w ten prosty sposób przeczekać koszmarny środek listopada.
Niezastosowanie powyższych reguł grozi konsekwencjami niemałego kalibru.
Gdy człowiek gnany poczuciem głęboko wdrukowanego obowiązku, elementarnej przyzwoitości wobec zakładu ubezpieczeń społecznych jak i całego systemu, dowlecze się bladym świtem na zakład, taszcząc na barach deprechę głęboką jak sam Rów Mariański, ogarnięty poczuciem, że oto nadszedł ten dzień w którym za nic nie powinien był opuszczać własnego łóżka, istnieje prawie stuprocentowa szansa, że wszystkie nieszczęścia świata zwala mu się na łeb, z radosnym okrzykiem „Mamy Cię”!
No.
I w związku z tym nie pozostaje nic innego jak ukryć się za monitorkiem, zgrzytać zębami i recytować w duchu mądrości filozofów, głównie te dotyczące stoickiego spokoju, zachowania umiaru, a także moralności, ponieważ ma się wściekłą ochotę przypierdzielić komuś w łeb, a w zasadzie całej, szeroko pojętej liczbie mnogiej rodzaju męskiego i tylko mantry z kantowskim imperatywem w tle działają nieco uspokajająco, próbując w ten sposób przeczekać jakoś koszmarność listopadowego poniedziałku, w pracy, beznadziejnie, bezurlopowo, bezalkoholowo, bezrefleksyjnie, bezsensownie, bezsilnie, a nawet w pewnych okolicznościach i z odpowiednio naciąganą interpretacją - bezprawnie.
Czy ja tu dziś sypię jak z rękawa zdaniem bardzo wielokrotnie złożonym czy mię się jedynie wydaje? Nieważne! Didaskalia won!
Mój imperatyw podpowiada mi dziś rzeczy wyjątkowo nieładne.
Podpowiada mianowicie, aby wydrapać oczy dziadowi, który przyprawia przyjaciółkę o łzy i projekt pozwu rozwodowego, opierdzielić skutecznie kuriera, który jak zawsze się spóźnia, wulkanizatora, któremu nigdy i nigdzie się nie spieszy, człowieka z wiadrem, kierowcę tira, ministra edukacji narodowej w rządzie AWS, pana, wójta i plebana, a także wszystkich tchórzy tego świata. Wszystkich. Gdyż tchórzostwem się brzydzę.
Rzekłam.
5 komentarze:
1. Ale żeś rzekła! ;-)
2. Czy włamałaś się do tajnej skrytki na moim blogusiu? Wczoraj zaczęłam sporządzać, ale w końcu natchnęło mnie na co innego, wpis na idealny dzień lenia i 1/3 Twojego wpisu żywcem wyjęta ;-))) Niemniej pozwolę sobie swój i tak opublikować po ewentualnym usunięciu podobieństw do Twojego. Dwa - zaczęłam pisać dzisiaj od słów "Są takie dni..." ha ha ha. Serio.
3. Czy u wszystkich mówi się "na zakładzie"? Czy tylko w miejscach pracy bardzo rozrywkowych ;D
Nie włamywałam. Ale wyczuwam nic porozumienia, choć mnie artykuły spożywcze nie atakowały wielką horda ;)
z tym zakładem to nie wiem jak jest ale dobrze oddaje klimat mojego miejsca pracy ;)
Nie jest głupi, ten Twój imperatyw :)
A jak dobrze ugruntowany! Porządzi chyba do końca miesiąca ;)
Nie ma jak stare dobre ... Tantum Quantum :).
Poprawiam się z papa dance, choć wtedy bardziej chodziło mi o Brosia.
http://www.youtube.com/watch?v=jd-gulWhDCU
mikitwist.blox.pl
Prześlij komentarz