poniedziałek, 12 września 2011

Bolesne funkcje mózgowe

O czym to ja chciałam...
Aha, migreny. Tak. Więc migreny drodzy państwo robią chwilowo z moim życiem co chcą, a w szczególności regularnie godziną popołudniową pakują mnie do łóżka w miejscu ciemnym, ciepłym i cichym. Wybrałam się na wycieczkę objazdową: do pana doktora rodzinnego, do pana okulisty, do pani neurolog, wszyscy rozkładają bezradnie ręce i każą przestać się denerwować i zacząć odżywiać. Ale ja się odżywiam! Naprawdę! I śpię obowiązkowe osiem godzin (a w każdym razie staram się spać), jeżdżę na rowerze, nie spożywam alkoholu (w prawdzie od dwóch tygodni ale jednak), ograniczam palenie, łykam tran i magnez i w ogóle jestem bardzo grzecznym pacjentem tylko jakoś te migreny zdają się nie dostrzegać moich wysiłków. Wredne.

Zdobyłam się wczoraj na wysiłek heroiczny i pojechałam sobie w las, a potem jako cel obrałam tak zwane w rodzinie NadRyby. Co oznacza odwiedzenie członka rodziny uprawiającego z zapałem wędkarstwo lokalne. Ponieważ szczupak bierze ostatnio jak szalony, wśród mężczyzn zapanował szał wędkarski i ktoś stale czuwa nad zbiornikiem wodnym i męczy biedne żywce. Pojechałam, połaziłam po krzakach, popatrzyłam w słońce, popatrzyłam na spławik, stwierdziłam, że nie jestem w stanie znieść nabijania rybek na haczyki i zwiałam w pielesze tym bardziej, że moja migrena zdecydowanie i dobitnie zaprotestowała przeciwko ostrym promieniom słońca na siatkówce.

Powróciłam zatem do kąta na kanapie i zaległam na dzień cały z klapkami na oczach i kompresem na czole. Obraz nędzy i rozpaczy trzeba przyznać.
A że wczoraj data była symboliczna mój ulubiony kanał telewizyjny został zdominowany jedną treścią.
Cholera, przez kilka ładnych lat starałam się nie oglądać migawek z WTC. Pomijając cały dramatyzm tych samolotów uderzających w wieże, tych ludzi uwiezionych na pietrach powyżej miejsc uderzenia, tego spektakularnego składania się wieżyczek z kartonu, mam także swoje własne, osobiste wspomnienia strachu tamtego dnia.
Pamiętam każdy moment, każdą myśl i każdy gest.
Wygłaszałam akurat referat na temat bólów fantomowych, bo dopóki nie okazało się, że nigdy w życiu nie ogarnę fizyki na wyższym poziomie, miałam twarde postanowienie zostania lekarzem. Wygłaszałam zatem referat z ogromnym zapałem i entuzjazmem bo temat wydawał mi się ogromnie interesujący i zajmujący, kiedy dostrzegłam na sali wyraźne poruszenie. Nie lubię ja, gdy się mnie nie słucha zwłaszcza, gdy w swojej opinii mówię ciekawie i z entuzjazmem. Lekko zirytowana zakończyłam przemowę i wróciłam do ławki. Chwilę później dostałam liścik, który mam zresztą do dziś wklejony do licealnego pamiętniczka : „Twój ojciec leciał dziś do Nowego Jorku, prawda? Idź włącz w świetlicy CNN albo najlepiej zadzwoń do domu”. Drodzy państwo już wiedzą co po takiej informacji rodzi się człowiekowi w głowie w ułamku sekundy, że samolot, że spadł, że z Warszawy, że wszyscy nie żyją, że to na pewno nie on, niemożliwe, dziewczyny panikują swoim zwyczajem. Ale przeprosiłam grzecznie panią psor, zabrałam manatki i pogalopowałam do świetlicy. Zanim przecisnęłam się przez spory tłumek tłoczących się wokół telewizora koleżanek dotarło do mnie, że chyba naprawdę dzieje się coś złego ale to co zobaczyłam na ekranie wydawało się spoilerem jakiegoś wybitnie pomysłowego filmu katastroficznego. TVN24 w kółko pokazywał wbijające się w wieże samoloty, raz jeden, raz drugi. I kolejna tura pytań do własnego umysłu: co to za samoloty, pasażerskie, transportowe, jeżeli pasażerskie to jakich linii, boże jakimi liniami do cholery leciał ojciec, gdzie lądował, JFK zamknięte, telefony w Stanach nie działają, zresztą przecież nawet jeszcze nie miał telefonu na nowym miejscu, znajomi nic nie wiedzą, wylądował, nie wylądował, co się do cholery tam dzieje. Szaleństwo.
Telefon do domu, analiza sytuacji, MyLovingMother spokojna i opanowana – nikt nie porywa samolotów latających z Warszawy, jaki terrorysta tłukłby się przez ocean. Miała rację, co się dość szybko potwierdziło.
Pomyślicie, że taka chwila grozy i strachu o kogoś bliskiego zdarza się każdemu, że nie ma co o tym pisać po dziesięciu latach ale to wszystko co oglądaliśmy na ekranach telewizorów, o czym trąbił cały świat, wydawało się tak koszmarnie nierealne i niemożliwe do pojęcia, że to uczucie wryło się w moją podświadomość niezwykle głęboko. Do dziś zadaję sobie pytanie, pewnie tak samo jak rzesze ludzi na całym świecie, jak bardzo chory umysł wymyślił taki właśnie sposób walki z wrogiem. Kto przy zdrowych zmysłach jest w stanie zaplanować, przygotować i zrealizować plan porwania samolotów pasażerskich i rozpierdzielenia ich o budynki w Nowym Jorku, Waszyngtonie czy Arlington.
Masakra jakaś i koszmar.
Dlatego po tylu latach na widok migawek z 9/11 dostaje gęsiej skórki. Nie napiszę wypracowania na temat jak zmienił się świat po jedenastym września, choć jest o czym pisać tym bardziej, że skutki gospodarcze i polityczne odczuwamy wszyscy w postaci kryzysu, bardziej zajmuje mnie jednak sam problem fundamentalizmu, walki światów i religii, a najbardziej poziomu nienawiści jaka potrafi urodzić się w ludzkim umyśle. Wnukom osób, które przeżyły drugą Wojnę Światową nie powinno być trudno zrozumieć, że człowiek człowiekowi itd... ale to jednak co innego słuchać dziadkowych opowieści o kawalerzystach i okupacji, co innego przeżyć lekcję w Aushwitz, a czymś zupełnie innym jest oglądanie wojny w telewizji, na żywo i szukanie w sobie odpowiedzi na pytanie co do cholery jest nie tak z ludźmi, że są zdolni do takich rzeczy z imieniem jakiegoś cholernego boga na ustach.

Ale z ludźmi jest tak naprawdę całkiem sporo nie tak.
Daleko nie trzeba szukać.
Mierzi mnie to całe straszenie wrogami zza wschodniej i zachodniej granicy, fobiami inności i odmienności, mierzi mnie katolicki fundamentalizm w postaci RRM, neonazizm, nacjonalizm, święte przekonanie o własnej nieomylności, strachy na wróble w postaci żydo-komuny, masonerii i układu warszawskiego ale najbardziej, najbardziej ze wszystkiego przeraża mnie skurwysyństwo odprawiane na własnym podwórku, wśród ludzi bliskich i znajomych, od tego wszystko się zaczyna.

Za każdym razem, gdy coś takiego się dzieje zadaję sobie w kółko to samo pytanie bo mam gdzieś głęboko w sobie, zaszczepione w okolicach szpiku kostnego przekonanie, że tylko love, peace, R&R i nieustannie ogarnia mnie zdziwienie, że człowiek to jednak w ½ zwykłe bydle żądne władzy, pieniędzy i dobrego seksu. Ja osobiście poza ostatnim wartości w dwóch pierwszych nie dostrzegam, wolę swoją ukochaną wolność.

0 komentarze:

Prześlij komentarz