I. została wczorajszego popołudnia nakryta na płakaniu.
W obecności pięknej tęczy i różowych obłoków nad głową, siedziała sobie malutka taka pod lipą, z wnętrzarską gazetą przed nosem, szklanką zimnego Lecha i pochlipywała cichutko.
Zamarłam na ułamek sekundy z myślą, że jeżeli ktoś przez ostatnie miesiące pochlipywał w tym domu po katach, to byłam to, wstyd przyznać, ja we własnej rozchybotanej osobie. I. do tej pory występowała jako strona silna i stabilna emocjonalnie. Zdezorientowana lekko, zagaiłam:
- Co jest ukochana moja matryco genetyczna, przestańże gubić łzy i opowiadaj natychmiast o swych smutkach.
- No bo to wszystko nie tak! - usłyszałam - akumulator się rozładował, psy włażą z brudnymi łapami do chałupy, nie licząc się zupełnie z moją nierówną walką o utrzymanie czystości jasnego gresu, Morze Czerwone w obejściu, a Mojżesz nie odbiera smsów, rodzina w rozkładzie, patologiczna. I patrz no tu, mucha mi pływa w zimnym Lechu. Dosyć mam tego wiejskiego życia!
Nie jest dobrze, myślę, oj nie, nadszedł oto czas na zdecydowane działania.
Nie przewidywałam w tym roku żadnych dłuższych urlopów, za karę. Wychodzi jednak na to, że będzie nadMorze Bałtyckie, roadtrip w korkach na siódemce, wino na plaży w środku nocy i przynajmniej dwa skręty. Najpierw ona będzie płakać, a ja będę rozumieć. Potem ja będę płakać, a ona rozumieć. Następnie jeszcze chwile się poużalamy, po czym wrócimy do równowagi i szyderstwa wobec wszelkich przeciwności.
Taki oto beznadziejny w moich oczach plan uplotłyśmy wspólnie.
Bo ja nie znoszę polskiego morza, nie znoszę urlopów nad polskim morzem. Powodów są tryliardy, z pewnością każdy znalazłby swoje, a ja je wszystkie zbieram i mnożę razy pięć. Urlop w tych okolicznościach przyrody w sumie również można uznać za karę ale czego się nie robi, gdy bratnia dusza wymaga uderzeniowej dawki lokalnego jodu. Wolałabym już do wód pojechać, kuracjuszem pobyć, ale ok, nie dyskutuję. Z uśmiechem na twarzy zapakuje w auto i zawiozę, gdzie pani wskaże.
Tak sobie myślę, że ostatni taki wspólny urlopik miałyśmy dwa lata temu w Karpaczu, dzięki uprzejmości firmy kosmetycznej, która urządziła nam pobyt wypełniony zabiegami leczniczo-upiększającymi. Całkiem piękną klamrę sytuacyjną dostrzegam. Wtedy wszystko eksplodowało, dziś zasycha na powierzchni. Tak, może to całkiem niegłupi pomysł. Będzie czas na przedyskutowanie sytuacji.
Świta mi jednak w głowie diaboliczny plan wykorzystania tanich linii lotniczych i wypadu do jakiegoś Mediolanu czy innej Barcelony za prawie złotówkę plus vat, a w każdym razie za mniej niż na paliwo do granatowej strzały. O wiele milej byłoby pić to wino i rozklejać się pod włoskimi gwiazdami. Sounds like a plan ;)
A propos!
Ponieważ wakacyjna przerwa w edukacji jest dla mnie najwyraźniej zupełnie nie do zniesienia, od kilku ładnych tygodni uzupełniam braki we własnym wykształceniu lingwistycznym. Robię mianowicie w ilościach hurtowych ćwiczenia Virgini Evans, piszę tęskne listy do Liverpoolu i namiętnie oglądam seriale w oryginale. Dziś w nocy śniłam po angielsku, sen bardzo przyjemny z elementami francuskimi i bohaterem głównym nie byle jakim. Gorzej, że zaczynam odczuwać konflikt językowy. Czasami po prostu pewne zwroty o wiele precyzyjniej i dosadniej brzmią w języku obcym, więc gryzę się w język i mówię po polsku to co po angielsku w głowie mi się tłucze i chce na wolność.
Albo sobie znajdę kogoś do pogadania albo I. nie będzie miała wyjścia i zostanie zmuszona do odlotu na południe.
A w przyrodzie, jak odkrywczo stwierdziła koleżanka po fachu - totalne panta rhei ;)
Tylko kalosze i canoe pozostają.
2 komentarze:
Kwintesencja przyjaźni - ot co!
Pozdrawiam Zośka.
e-e, za złotówkę to nie idzie, mówi to Ta Która Codziennie Obczaja Skajskaner :)
Ale już za 3 stówki, owszem. Barcelonę bardzo polecam, swoją drogą.
Prześlij komentarz