Zapatrzyłam się przedwczoraj na Marka Kondrata. Występował w Tvn24 z okazji prezydencji Polski i „skandalu” związanego z węgierskimi winami. Bo kto to widział, żeby w trakcie oficjalnych obiadków na stoły wjeżdżały jakieś madziarskie trunki, skoro przecież polskie winnice słyną z bogatej historii, pięknej tradycji i wspaniałych wytworów.
Poza tym PATRIOTYZM Panie Sikorski!
Wstyd wielki i hańba na stół postawić wino węgierskie, polskie ma być, najlepiej zaraz obok polskiej, zimnej wódki. Ma być patriotycznie i z przytupem, tak żeby przypadkiem nikt nie miał wątpliwości kto tu rządzi i niech będzie, że raz na ludowo, swojsko i jeszcze raz patriotycznie!!!
A Pan Marek ze stoickim spokojem, z cieniem pobłażliwego uśmiechu pod nieistniejącym wąsem, ciepłym głosem tak jak opowiada się o ukochanej, dał krótki wykład na temat różnicy w doświadczeniu winiarskim Polaków i Węgrów, a także o bezsensie upierania się zawsze i wszędzie przy tym co polskie – bo polskie, wbrew oczekiwaniom wielkich patriotów, nie zawsze jest najlepsze.
Słuchałam z niemym zachwytem jak pięknie spuszcza powietrze z polskiej dumy.
Ale tak naprawdę wzruszyło mnie zupełnie co innego.
Pasja.
Może się to podobać lub nie. Na pewno wielu uzna, że to przesada tak egzaltować się winem, opowiadać prawie z nabożną czcią, medytacyjnym tonem dyrdymały o nasłonecznieniu i dojrzewaniu. Ale ja siedziałam zauroczona, bo zobaczyłam to czego w tym depresyjnym kraju ciągle brakuje – dystans, rozum, poczucie przynależności do pewnej kultury, umiłowanie dla smaku, słońca, rozmów z ciekawymi i niebanalnymi ludźmi, a przede wszystkim umiejętność opowiadania o tym tak, jakby to było jedyne co się w życiu liczy. Ten tak charakterystyczny rys śródziemnomorski, który uwielbiam i którego nie szukam jedynie w Prowansji, Toskanii czy Andaluzji. Szukam tego w ludziach. Bo uwielbiam ten stan ducha i umysłu. Kiedy krew zamienia się wino, życie zwalnia, myśli płyną gładko, pojawia się na wpół marzycielski na wpół cyniczny uśmiech do życia, wyrozumiałość wobec słabości i małości tak własnej jak i innych. Zaczynam wierzyć, że obcując na co dzień z winem można w sobie zaszczepić taki stan ducha na stałe.
Żałuję ogromnie, że do tej pory w moim życiu nie pojawił się nikt zarażony miłością do wina. Kto wprowadziłby mnie w świat smaków i historii, winnic, piwniczek i pasji. Z największą przyjemnością zamieniłabym czasem moją krew w wino.
Doskonale by to pasowało do moich codziennie odprawianych egzorcyzmów przeciwko demonom kotłującym się pod czaszką.
Spełniłam ostatnio dwa kolejne punkty z listy konieczności. Nabyłam zupełnie nowy wystrój głowy z czego jestem okrutnie zadowolona, wydałam małą fortuneczkę w celu zapchania czarnej dziury w szafie, kupiłam tylko jedna książkę ale za to powłóczyłam się po pięknej Warszawie.
Jeżeli drogi czytelniku nabierzesz ochoty na śródziemnomorski klimat w centrum Warszawy, a właśnie masz do dyspozycji wolny, letni, ciepły wieczór polecam całym sercem odnaleźć, w gąszczu staromiejskich uliczek, Mexicane. Wyobrażam sobie, że mniej więcej podobny szok przeżyły dzieci przełażąc przez drzwi ukryte w szafie co ja wpadając na maleńki dziedziniec zajmowany przez restauracyjkę. Teleport w czasie i przestrzeni. Przesympatyczny, uroczy, kolorowy i taki niespodziewany!! Polecam, bardzo polecam wstąpić na drinka, usiąść na placyku przy fontannie, popatrzeć na wieżę na tle gwiazd, zamówić drinka albo jeszcze lepiej pyszne wino i pogadać albo pomilczeć ;)
Bardzo pożałowałam, że w zestawie fotograficznym nie nabyłam również statywu ...
Przy okazji włóczenia się po Warszawie trafiliśmy także na rewelacyjny event.
Nijak się to ma do rozważań na temat wina, tęsknot za południem Europy, spowalniania rytmów życiowych i innych kontemplacji chwili. Ma za to cholernie wiele wspólnego z krwią.
Bo ja uwielbiam, do upojenia, gdy mi krew szumi w uszach tak, że nie słyszę niczego innego, a wszystko za sprawą prędkości i adrenaliny. Nie raz pisałam o swoim umiłowaniu do szybkiej jazdy samochodem więc muzyką dla moich uszu i radością dla mojego szpiku kostnego poddanego wibracjom było podglądanie wyścigu małych demonów z setkami koni mechanicznych pod maską, na żywo.
Koleżanka przyznała, że poważnie zastanawiała się co za ludzie chodzą na takie imprezy.
Ha! Chodzą małe dziewczynki zakochane w ryku silników i oparach paliw.
I mają z tego całą masę radochy w czystej postaci.
Marzy mi się usiąść za kierownicą takiego potwora i poczuć MOC pod stopą, ooo tak ;)
2 komentarze:
zgadzam się całkowicie.
mnie w winie rozkochała... poprzednia firma, która w ramach integracji zorganizowała nam kursik sommelierski. taki mały, po łebkach, ale jednak.
wino to jest przygoda, poza tym sprzyja rozwijaniu innych zamiłowań. no i specyficzni ludzie wciągają się w enologię - hedoniści, sybaryci, lubiący dobrze zjeść, posiedzieć do późna i pogadać, posnuć się po kontynencie. mnie już samo kupowanie wina sprawia wielką frajdę - lubię to prawie tak, jak kupowanie butów :)
O i oto kolejny argument, aby pomyśleć nad zmiana firmy. Moja póki co ogranicza się do szkoleń branżowych, a i to rzadko.
Ale pewnie znając życie sama będę zmuszona się wysłać choćby na taki króciutki kursik...co jest generalnie samo w sobie świetnym pomysłem!
Prześlij komentarz