poniedziałek, 21 maja 2012

Duży ptaszek, mały daszek



Po raz pierwszy mam tytuł dla nienapisanej jeszcze notki! Czyli raz jeden postąpię zgodnie ze sztuką, rozpocznę od tytułu, który nada memu dziełu właściwy kierunek oraz którym będę się kierować w podążaniu za myślą przewodnią.
Szczerze wątpię.
Zwłaszcza, że wolałabym jednak nie wnikać w genezę powstania tego epickiego stwierdzenia. Powiem tylko, że świeże warszawskie powietrze i zapadający powoli zmrok, a także chmiel w krwiobiegu powodują wybuch inwencji twórczej wśród zaprzyjaźnionych, dysponujących fajnymi mózgami. Powoduje także inne wybuchy – gromkiego śmiechu na przykład.
To odkrycie numer jeden.
Odkrycie numer dwa brzmi – zewnętrze jest fajne.
Noooo, zewnętrze jest super, robi ludziom dobrze, nawet jeżeli komary żrą jak oszalałe, a wilgoć osiadła na trawie przemaka delikatne obuwie, co zwykle kończy się katarem. Otwarte przestrzenie, dużo zieleni, dużo piwa pod krzakiem, bo jak wspominałam, tak smakuje najlepiej, później dzikie tłumy i „trzy akordy darcie mordy”, czyli to, co ja, we własnej osobie, lubię najbardziej na świecie.

Ujrzałam również na własne oczy korek pod palmą w okolicach pierwszej w nocy, korek samochodów i zator ludzki. Tokio pełną gębą. Jedynie niedostatek konstrukcji ze szkła i betonu oraz nadmiar estetyki późnego Gierka przypominał, że nadal jesteśmy w Warszawie, a nie Nju Jorku, Szanghaju czy Kuala Lumpur, no co wskazywałaby nie tylko tłumy i światła ale też  temperatura powietrza.
Pomyślałam, że fajnie by było mieszkać w nigdy niezasypiającym mieście, pulsującym nieustannym rytmem, rozbrzmiewającym wyciem syren i klaksonami taksówek. Moja miłość do przyrody i wielkich miast jest nie do pogodzenia. Skazana jestem na życie w ciągłym rozkroku, na przedmieściach albo w tęsknocie wielkiej. Oh, well.

Fajnie było do rana.

A potem fajnie się skończyło i trzeba było na kacu wielkim doczołgać się do przybytku wszelkiej zbędnej wiedzy. Poziom wkurwu poszybował poza orbitę ziemską i tam pozostał do rana dnia następnego, póki nie wykurzyłam go snem i farmakologią. Dzięki opaCzności, współlokator jest człowiekiem spokojnym i opanowanym i nie poddał się nastrojowi rozsiewania brzydkich i powszechnie uznawanych za obelżywe słów na cztery strony świata.

Poważne zmęczenie i przeciążenie systemu nerwowego sprawia, że moja odporność na absurdy otaczającej rzeczywistości spada do zera, wtedy uwalniam skumulowane pokłady agresji i frustracji, które narastają każdego dnia. W normalnych okolicznościach kumuluję je w sobie, wychodząc z założenia, że głupota i absurdy zasługują na moją wyrozumiałość i pobłażliwość, bo nobody's perfect, nieprawdaż.

I am nobody i czasami jedna kropla przelewa czarę, a wtedy nikomu nie życzę być w pobliżu.

Trochę mi do dziś przeszło.

Ale tylko trochę.

Pozyskaniu stanu ZEN nie pomagają także uporczywe i bardzo niepokojące sny wywołane zażytą białą tabletką Jeżeli to wszystko co mój umysł raczył wyprodukować w fazie REM jakimś cudem stanie się PRORCZE, to bój się świecie i organizuj wyprawę na inne planety, bo armagedon będzie zajebisty, spektakularny i ostateczny.


Piosenka tygodnia, za którą z pewnością, nienawidzą nas wszyscy sąsiedzi oraz motyw przewodni sobotnich rajdów po pustym, nocnym mieście stołecznym.






2 komentarze:

Mandarynka pisze...

kopirajts! tantiemy! pozwę Cię!
;)

Caerme pisze...

Ha! Nie pozwiesz!
Pięćdziesiąt procent jest w rodzinie :P

Prześlij komentarz