Po raz pierwszy mam tytuł dla nienapisanej jeszcze notki! Czyli raz jeden postąpię zgodnie ze sztuką, rozpocznę od tytułu, który nada memu dziełu właściwy kierunek oraz którym będę się kierować w podążaniu za myślą przewodnią.
Szczerze wątpię.
Zwłaszcza, że wolałabym jednak nie wnikać w genezę powstania tego epickiego stwierdzenia. Powiem tylko, że świeże warszawskie powietrze i zapadający powoli zmrok, a także chmiel w krwiobiegu powodują wybuch inwencji twórczej wśród zaprzyjaźnionych, dysponujących fajnymi mózgami. Powoduje także inne wybuchy – gromkiego śmiechu na przykład.
To odkrycie numer jeden.
Odkrycie numer dwa brzmi – zewnętrze jest fajne.
Noooo, zewnętrze jest super, robi ludziom dobrze, nawet jeżeli komary żrą jak oszalałe, a wilgoć osiadła na trawie przemaka delikatne obuwie, co zwykle kończy się katarem. Otwarte przestrzenie, dużo zieleni, dużo piwa pod krzakiem, bo jak wspominałam, tak smakuje najlepiej, później dzikie tłumy i „trzy akordy darcie mordy”, czyli to, co ja, we własnej osobie, lubię najbardziej na świecie.
Ujrzałam również na własne oczy korek pod palmą w okolicach pierwszej w nocy, korek samochodów i zator ludzki. Tokio pełną gębą. Jedynie niedostatek konstrukcji ze szkła i betonu oraz nadmiar estetyki późnego Gierka przypominał, że nadal jesteśmy w Warszawie, a nie Nju Jorku, Szanghaju czy Kuala Lumpur, no co wskazywałaby nie tylko tłumy i światła ale też temperatura powietrza.
Pomyślałam, że fajnie by było mieszkać w nigdy niezasypiającym mieście, pulsującym nieustannym rytmem, rozbrzmiewającym wyciem syren i klaksonami taksówek. Moja miłość do przyrody i wielkich miast jest nie do pogodzenia. Skazana jestem na życie w ciągłym rozkroku, na przedmieściach albo w tęsknocie wielkiej. Oh, well.
Fajnie było do rana.
A potem fajnie się skończyło i trzeba było na kacu wielkim doczołgać się do przybytku wszelkiej zbędnej wiedzy. Poziom wkurwu poszybował poza orbitę ziemską i tam pozostał do rana dnia następnego, póki nie wykurzyłam go snem i farmakologią. Dzięki opaCzności, współlokator jest człowiekiem spokojnym i opanowanym i nie poddał się nastrojowi rozsiewania brzydkich i powszechnie uznawanych za obelżywe słów na cztery strony świata.
Poważne zmęczenie i przeciążenie systemu nerwowego sprawia, że moja odporność na absurdy otaczającej rzeczywistości spada do zera, wtedy uwalniam skumulowane pokłady agresji i frustracji, które narastają każdego dnia. W normalnych okolicznościach kumuluję je w sobie, wychodząc z założenia, że głupota i absurdy zasługują na moją wyrozumiałość i pobłażliwość, bo nobody's perfect, nieprawdaż.
I am nobody i czasami jedna kropla przelewa czarę, a wtedy nikomu nie życzę być w pobliżu.
Trochę mi do dziś przeszło.
Ale tylko trochę.
Pozyskaniu stanu ZEN nie pomagają także uporczywe i bardzo niepokojące sny wywołane zażytą białą tabletką Jeżeli to wszystko co mój umysł raczył wyprodukować w fazie REM jakimś cudem stanie się PRORCZE, to bój się świecie i organizuj wyprawę na inne planety, bo armagedon będzie zajebisty, spektakularny i ostateczny.
Piosenka tygodnia, za którą z pewnością, nienawidzą nas wszyscy sąsiedzi oraz motyw przewodni sobotnich rajdów po pustym, nocnym mieście stołecznym.
2 komentarze:
kopirajts! tantiemy! pozwę Cię!
;)
Ha! Nie pozwiesz!
Pięćdziesiąt procent jest w rodzinie :P
Prześlij komentarz