środa, 20 lipca 2011

Nie całuj żaby!

Wczorajsza wiadomość z Liverpoolu o zwięzłej i dobitnej treści - „Dość smutków! Zbieraj chudy tyłek i wpadaj na wspinanie, bo u nas piękne lato!”, przyprawiła mnie o lekką palpitację serca i chęć natychmiastowego łapania aircrafta na stopa i wylot w stronę wysp, choćby w piżamce.
Pomyślałam o moich butach wspinaczkowych, które parcieją od kwietnia pod siedzeniem wehikułu wszech czasów, gdzie byłam je porzuciłam z obietnicą, że więcej na nie nie spojrzę.
Pomyślałam o Angliku, którego nawet po drugiej butelce wina nie byłam w stanie zrozumieć oraz o jego kumplu, który mówił tak, jakby dopiero co wrócił z podróży życia po Australii. Rozczulające, że po dwóch wspólnie spędzonych wieczorach gdzieś na hiszpańskiej prowincji dbają o mnie jak bracia rodzeni i nieustannie zapraszają na Guinessa, fish&chips oraz oczywiście wielkie wspinanie po klifach.
Przysięgam, że gdyby nie to, że moje 2-litrowe maleństwo, właśnie wylądowało u mechanika w celu regeneracji przewodzików, układzików i innych stożków, które to regularnie odbierają mu moc, a mi radochę z jazdy, przeprowadzałabym w tym momencie odprawę online.
Strasznie chce mi się pojechać do tych ludzi. Pogadać po ludzku, nacieszyć dwoma kranami w umywalce i tym, że nie zdążę nawet zbliżyć się do przejścia dla pieszych, a już sznur aut zatrzymuje się tylko po to, aby księżniczka mogła bezpiecznie przekroczyć jezdnię. Kocham Wielka Brytanię, nienawidzę Wielkiej Brytanii! I bardzo chcę jechać zobaczyć te mordki dwie. J. odgraża się, że nawet męża mi znajdzie jeżeli nie będę zbyt wybredna w kwestii aparycji przyszłego ślubnego. No cóż, plan spalony na panewce. Moje dzieci mają być piękne, a patrząc na brytyjska arystokrację nie ma na to najmniejszych szans, podejrzewam, że moje własne geny nie są na tyle silne, żeby załatwić sprawę ;)

Niestety, póki co dziura budżetowa, która zaczyna być tematem przewodnim tego bloga, trzyma mnie na miejscu. Odrobina rozsądku w tym całym szaleństwie jest bardzo pożądana.
Ale też kolejna okazja przechodzi mi koło nosa (przepadł Tokaj, przepadła Norwegia, Malaga, teraz Wyspy...). Oh, well przyjdzie czas na szaleństwa, jak tylko podreperuję stan środków pieniężnych na rachunku.

Sobotnia akcja ratowania żab w stanie wysokiego upojenia alkoholami niskoprocentowymi, o której jakimś cudem zupełnie zapomniałam tu wspomnieć, okazała się mieć drugie, przerażające i grożące konsekwencjami, dno.
Wspomnę pokrótce, że jako osoba o głębokiej wrażliwości na wszelka krzywdę regularnie ratuję z opresji najróżniejsze stworzenia boże. Nie tylko uwalniam pająki uwiezione w wannie ale nawet wyrzucam muchy przez okno, zamiast po prostu ubijać. No mam lekkiego świra na tym punkcie i trudno. W każdym razie bądź, wracając z sobotniej imprezy, grubo po północy, napotkałam na własnym podwórzu małe pandemonium. Na pandemonium składały się: dwa psy goniące żaby, pięć żab uciekających przed psami, kot uwięziony na drzewie i para gołębi przyglądająca się temu całemu cyrkowi z pełna pogardą. Mój instynkt ratowania wszystkiego przed wszystkim zadziałał jak zwykle bezbłędnie, nie myśląc wiele rozpoczęłam akcje łapania żab tymi ręcami! i odnoszenia ich na rozlewisko, które po ostatnich ulewach utworzyło się przy domu. Umówmy się, że w stanie wskazującym na spożycie, operacja wymagała ode mnie pełnego skupienia ;) Po trzydziestu minutach żaby zostały wyłapane, odtransportowane do zbiornika wodnego, psy zamknięte w garażu, kot uwolniony, gołębie... no cóż, gołębiami postanowiłam się nie przejmować.
Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku udałam się na zasłużony spoczynek.
Przy niedzielnym śniadaniu pochwaliłam się rodzinie skuteczną i brawurową akcją. Pytanie, które padło z ust rodzicielki o to czy żaby były takie bardziej ropuchowate, czy raczej bardziej żabiaste, wprawiło mnie w lekka konsternację. No żaby, jak żaby, ale chyba tak jakby lekko ropuchowate jednak.
Tym samym okazało się, że w okolicach zaobserwowano masowe zgony psów w związku z inwazją trujących płazów. Struchlałam.
Psy mam niegłupie i totalnie nieagresywne. Żaby były po prostu ruszającymi się obiektami budzącymi czysty zwierzęcy instynkt łowcy, który sprowadza się do zamęczania ofiary za pomocą łapy i zawału serca. Psy głupie nie są, płazów nie jedzą ale gdyby przyszło im oblizywać łapy, polowanie mogłoby skończyć się tragicznie.
Morał z historii jest następujący, płazy owszem należy ratować ale zbierając skrupulatnie do wiaderka i transportując do najbliższego zbiornika wodnego. Nigdy nie należy zostawiać ich w zasięgu psich łap. Lesson learned. Wiaderko w pogotowiu.

I tym sposobem powstała notka o płazach, aUtorce gratulujemy inwencji ;)


22:58 update. Tytuł posta powinien brzmieć - Nie żuj żaby ;)

17 komentarze:

Anonimowy pisze...

Psy jak psy, ale mam nadzieje że właścicielka rąc w amoku nie oblizywała, tudzież ocierała czoła (przez skórę też działa ...ponoć).
ps. Zegrze też jest OK

Caerme pisze...

Taki drobny szczegół, na ręcach też jest skóra i mogłoby przenikać gdyby chciało ;) Ale byłam na tyle przytomna żeby po pierwsze opłukać w kałuży a po drugie umyć porządnie pod gorącą wodą. Instynkty samozachowawcze na piątkę +


A kto powiedział że to Zegrze? ;)

Krzyś pisze...

OK

michał pisze...

Olu, a wspinasz się gdzieś w Warszawie? ;)

Krzyś pisze...

Bingo!
:)

Caerme pisze...

Jeszcze nie ale planuje wkręcić się na jakiś warszawski panel od jesieni. Póki co brakuje osoby do asekuracji .. ;( Tym bardziej, że sama średnio mogę służyć, co cięższy człowiek powoduje mój wylot w kosmos ;)

michał pisze...

Oj, to trzeba więcej jeść, żeby nie dać się tak łatwo wystrzelić w kosmos ;)

Mandarynka pisze...

Pająki z wanny, bój się boga, ten pomiot szatana,to źródło zła wszelkiego???? AAA?? AAAAA? SZALONA.

żabki tak. żabki są spoko. myszki również.
Enyłej, czuję pokrewieństwo mentalne w kwestii stanu konta. Nie mam pojęcia, jak to się dzieje, po tygodniu PUSTE.

Caerme pisze...

Panie Michale, bluźnisz Pan! Wspinacz? Więcej jedzący? Powszechnie wiadomo że im mniejsza waga tym większe osiągi, a moja 43 kg jest idealna ;) W skałach zawsze można się "przylonżyć" do jakiegoś obiekty geograficznego, a na ścianie do obiektu męskiego :P Tylko trzeba w pierwszej kolejności te obiekty... hm... wypatrzyć ;)

Mandarynko moja droga bo to jest choroba powszechna, zakaźna i niejednokrotnie przenoszona drogą płciową ;)

michał pisze...

Zostaw tego Pana, Panno Olu! :P No tak, trzeba się "przylonżyć" do jakiegoś obiektu męskiego :D

kuzu pisze...

"Tym bardziej, że sama średnio mogę służyć, co cięższy człowiek powoduje mój wylot w kosmos ;) "

W takiej kwestii swietnie sprawdzaja sie imadla. mieszcza sie w plecaku. Swietej Pamieci moja babcia tez byla watlej postury i czesto mawiala, ze "kamien z serca jej spadl" Bylem wtedy mlody i nie za bardzo kumalem o co chodzi i po co jej te kamienie byly. Popytam w rodzinie o co chodzilo z ta metoda dociazania czlowieka i jak bede wiedzial sprzedam ci ten patent ;)

"Powszechnie wiadomo że im mniejsza waga tym większe osiągi,"
masz racje (czesciowo).Przy 25 kg - zloty medal ;) Ale na pewno w locie freestyle w dol pierwsze miejsca gwarantowane. :) ;)

Krzyś pisze...

Jest jeszcze opcja że ja się odchudzam i na jesieni montujemy ekipe amatorów

Caerme pisze...

I to jest bardzo dobry pomysł ;)! (nie wiem jak z odchudzaniem ale z ekipą na pewno)

michał pisze...

Na ekipę wspinaczkową ja piszę się z wielką chęcią. :)

Krzyś pisze...

No to mam jeszcze jedno miejsce wolne w aucie :) Kto pierwszy ten lepszy.

Caerme pisze...

A gdzie Krzyś chce nas zabierać tym samochodem? Bo ja to z mojej wsi i tak muszę przedzierać się przez pola i lasy własnym wehikułem ;)

Krzyś pisze...

Ale mòj wehikuł jest szybszy :)p

Prześlij komentarz