What is wrong with people?
Dwudziestosiedmioletnia, utalentowana dziewczyna walczy z nałogiem na oczach całego świata i przegrywa, bo wśród siedmiu miliardów ludzi nie znalazł się jeden – JEDEN! człowiek, który potrafiłby i chciał pomóc ? To jest naprawdę cholernie smutne, że mimo ogromnej popularności, miłości tłumów i tak została z tym syfem sama.
Poza tym, nie wierzę w przesądy, zabobony i numerologię ale niech się obudzę z tarantulą na twarzy jeżeli ta cholerna cyfra nie ma konotacji z jakimiś złymi mocami. Póki co przezywam właśnie najgorszy rok w życiu i wcale się nie dziwie wszystkim tym którzy stwierdzili, że skoro to tak ma być, to dziękują bardzo, dowidzenia. Czuje z nimi dziwną więź.
A zaraz po tym hit roku.
Trzydziestodwuletni faszysta i ekstremista, nie niepokojony przez nikogo robi rozróbę w centrum stolicy państwa europejskiego tylko po to, żeby 90 minut później urządzić sobie Counter Strika live. Polowanie na dzieciaki uwieziona na wysepce, metodyczna egzekucja jednego po drugim. Mieści się to Państwu w pojemnych główkach?
Czasami mam ochotę schować się pod kocyk, zatkać uszy, zamknąć oczy i udawać, że mnie nie ma.
Wiem jak wygląda nienawiść, która jest wytworem chorego umysłu, widziałam taką nienawiść na własne oczy, skierowaną bezpośrednio na mnie. Nie patrzyłam w lufę karabinu maszynowego ani na końcówkę pałki policyjnej ale czasami nie trzeba przemocy fizycznej, żeby obudzić strach, panikę i bezradność, które nie ustępują razem z bezpośrednim zagrożeniem, tego nie da się objąć umysłem. Dość potworne, trzeba przyznać i stygmatyzujące.
Śniło mi się, że wracałam z Malagi stopem.
Są takie momenty w każdej mojej podróży, że mam dość. Dość różnych rzeczy ale w szczególności dotyczy to towarzystwa. W takich momentach ulubionym mym zajęciem jest projektowanie potencjalnych dróg ewakuacji. Konstruuję opcję z kasą, bez kasy, z dokumentami, bez, z plecakiem, w samych skarpetkach. Pewność, że poradzę sobie zawsze i wszędzie (sprawdzone poprzez spektakularną ucieczkę z Kanady), oraz że wcale nie muszę tkwić w miejscu w którym nie jest mi dobrze, sprawia, że jakoś tak od razu łatwiej zamknąć uszy na marudzące i wiecznie niezadowolone towarzystwo.
Gdy po piątym z kolei mokrym dniu spędzonym w zimnym, wilgotnym namiocie, na dryfującym w dół stoku materacu dmuchanym, z rozwojowym, obustronnym, bakteryjnym zapaleniem płuc oraz kompletnym brakiem zaspokajania podstawowych potrzeb emocjonalnych, osiągnęłam swój kraniec wytrzymałości i opracowałam błyskotliwy oraz brawurowy plan ewakuacyjny z tej okropnej Andaluzji. Nie został on wykorzystany i zrealizowany tylko dlatego, że następnego dnia wylazło słońce budząc bezsensowne nadzieje. Za to dzisiejszej nocy odtworzył mi się w głowie z zadziwiającą precyzją wysyłając w podróż furmanką po hiszpańskiej prowincji.
Ciekawe dlatego właśnie to mi siedzi w podświadomości.
5 komentarze:
nie wierze, ze nie bylo osob, ktore chcialy i umialy jej pomoc. Nie da sie wyleczyc na sile. Najpierw ta osoba musi chciec poddac sie leczeniu i zrozumiec swoja sytuacje. Powie Ci to kazdy terapeuta od uzaleznien. Tyle w tym temacie.
opowiedz o Kanadzie i ucieczce. Brzmi ciekawie...
kuzu, widać żadna z tych osób jednak nie umiała. I nie chodzi mi o leczenie na siłę, nie chodzi nawet o uporczywe przekonywanie do leczenia. Chodzi o to, że nie znalazł się nikt komu udałoby się przedrzeć przez zasłonę samotności i czarnych chmur dookoła głowy, które towarzyszą depresji. Ty czy ja mamy wokół siebie na co dzień kilkanaście/kilkadziesiąt osób, które widzą co się z nami dzieje. Ona miała ich kilkaset może kilka tysięcy i cały świat za świadka, a mimo to nie znalazł się nikt kto potrafiłby skutecznie wyciągnąć rękę i pokazać, że czas przestać. Nie myślisz, że to przerażające? Może bardzo się mylę ale wydaje mi się że w walce z depresją i nałogami potrzeba po pierwsze solidnego impulsu z zewnątrz, a po drugie nieustannego, silnego wsparcia.
Eeee o Kanadzie na razie nie, bo to stare dzieje i trochę przykurzone. Ale może kiedyś mnie natchnie ;)
furmanką po hiszpańskiej prowincji, sounds like fun :D
Norwegia - absolutnie nie mieści mi się w głowie. Wykracza poza jakiekolwiek zdolności pojmowania, i wolałabym, żeby nigdy się nie zmieściło. No, ale ja od dawna powtarzam, że z roku na rok jestem głupsza.
Podpisuje sie po czesci pod Kuzu. Zaden bodziec i najlepsze wsparcie nie pomoze jezeli nie ma odrobiny checi w srodku. Owszem mozna sie starac wzbudzic te iskre. Ale podstawą jest zrozumienie gdzie sie jest, i chec ruszenia do przodu. Bez checi to jak tluczenie glowa w beton. A Matka Teresa byla jedna i pomagala bardziej bezbronnym. A jezeli Ammy chciala od dziecka jak Kurt nalezec do klubu 27? Jezeli po prostu chciala umrzec? inna spraw ze na spoleczenstwo popkultury nie ma co liczyc. Swoja droga straszny młyn musi byc w tym showbiznesie. Tak czy inaczej wspolczuje cierpienia jakie musiala doznac (czy to od ludzi czy od siebie). RIP
Może macie racje. Może ja mam jakieś dziwne wyobrażenia na temat stosunków międzyludzkich i granic pomocy. Ale wydaje mi się, że psychika ludzka jest plastyczna i przy mądrej pomocy można zrobić wiele. Czasami sam zainteresowany nie jest nawet świadom tego co się dzieje i jak bardzo jest źle, wtedy nie ma co liczyć na chęci do życia i zmiany, wtedy trzeba liczyć na otoczenie, które otoczy miłością albo weźmie za przysłowiową mordę.
Prześlij komentarz